Reklama
  • Poniedziałek, 6 marca (13:05)

    Andrzej Grabarczyk: Ludzie podawali mi pomocną dłoń

Kilka lat temu wiadomość, że wnuczka jest niepełnosprawna, wstrząsnęła nim. Jednak kiedy rodzina jest razem, ze wszystkim można sobie poradzić.

Różni się od Jerzego Chojnickiego, którego od lat gra w „Klanie”. – Ja jestem wierny żonie i mam pogodne usposobienie – tłumaczy nam Andrzej Grabarczyk (63). Szczególnie lubi być dziadkiem. – Ojcostwo to wychowywanie i odpowiedzialność, a dziadkowie są po to, by dzieciaki rozpieszczać – wyznaje. Ma dwie wnuczki: 11-letnią Lenę i 9-letnią Maję.

Zdaje się, że przez miłość nie ukończył Pan zootechniki w Olsztynie?

Reklama

To prawda, zakochałem się w koleżance z roku. Niestety nie jako jedyny. Zakochał się też w niej wykładowca, który postanowił wykorzystać swoją pozycję, a moje nieuctwo. Doprowadził do egzaminu komisyjnego i mnie oblał. Byłem jedynym studentem z czterystu na roku, któremu na chemii rolnej powinęła się noga. To szczególny przypadek, prawda? Ale jak pokazała przyszłość, jego poczynania spełzły na niczym. Wierna – jeszcze nie narzeczona, a dziewczyna – zrezygnowała ze studiów. I tak skończyła się nasza przygoda na zootechnice.

Ma Pan żal do wykładowcy?

Nie, bo prawda leży pośrodku. Kochaliśmy się, szaleliśmy za sobą i niespecjalnie przykładaliśmy się do nauki.

Pana żona Zofia porzuciła naukę na zawsze?

Skończyła kulturoznawstwo w Gdańsku. Była kierowniczką Domu Kultury, nauczycielką koło Starogardu Gdańskiego, gdzie zawarliśmy związek małżeński i urodził się nasz syn Bartosz. Potem przestała pracować.

Niedługo minie 45 lat od chwili, gdy jesteście razem. Ma Pan swoją receptę na szczęśliwe życie we dwoje?

Myślę, że trzeba umieć zrezygnować z własnego „ja”, wyzbyć się egoizmu. Z Zosią dobrze się rozumiemy. Jeśli są jakieś konflikty, zawsze dajemy sobie szansę, by wytłumaczyć swoje racje. Ważne, by po prostu się lubić, chcieć wspólnie spędzać czas. My od początku uwielbialiśmy być razem. Oboje kochamy jeziora, lasy, zbieranie grzybów.

A za co kocha Pan żonę?

Za wybaczanie, wyrozumiałość. Mam trudny zawód, także dla drugiej połówki. Często nie ma mnie w domu. Kiedy wyjeżdżam ze spektaklem na kilka dni lub kręcę filmy gdzieś daleko, wszystkie problemy i obowiązki związane z prowadzeniem domu zostawiam żonie. A przecież w małżeństwie chodzi o to, aby być razem, tworzyć rodzinę. W czasie rozłąki jest nam źle.

Ma Pan niepełnosprawną wnuczkę. Nie czuł Pan żalu, nie pytał Boga: „Dlaczego”?

Nie, nigdy. Lena urodziła się z zespołem Downa i na początku to był szok. Nie dlatego, że taka przyszła na świat, ale dlatego, że my nic na ten temat nie wiedzieliśmy.

Znałem jedynie Piotra Swenda, który gra Maćka z zespołem Downa w „Klanie”. Na planie bardzo się polubiliśmy, ale to było moje jedyne doświadczenie.

Jakie są Pana wnuczki: Lena i Maja?

Wspaniałe. Poziom intelektualny Leny jest oczywiście inny, ale ona cały czas się rozwija. Czasami nas zadziwia sposobem postrzegania świata. Dla nas wszystko jest oczywiste, a ona pyta: „A dlaczego mam robić jak wy? A może inaczej byłoby lepiej?”. Cieszy nas każda jej nowa umiejętność. Zwykłe rzeczy: jak koloruje, nie wychodząc za linię, jak narysuje piękny kształtny okrąg.

Zazdroszczę Szwedom, bo tam szkolnictwo jest otwarte na takich ludzi, kończą studia.

A Maja?

To artystyczna dusza, pięknie maluje. Rozumie, że Lenie trzeba poświęcić czas, opiekować się nią. Ponieważ chodzą do tej samej szkoły, czasami mówimy: „Przypilnuj Leny”. „Ależ to jasne” – odpowiada. Maja dla Leny jest autorytetem. Dobrze, że wychowują się razem, wspaniale się uzupełniają i bardzo kochają.

To, że małe dzieci, chore i zdrowe, przebywają razem, uczy szacunku, empatii i zrozumienia…

Dziewczynki chodzą do wspaniałej gminnej szkoły w Łajskach koło Legionowa. W każdej klasie ze zdrowymi są mniej zdrowe dzieci. W szkole nie mieli windy, a tu dzieci na wózkach i schody do pokonania. Dyrektor się martwił, a dzieci na to: „Niech pan się nie martwi. Damy radę. My jesteśmy windą, będziemy nosić naszych kolegów”. Z małych dobrych rzeczy rodzą się wielkie wspaniałe historie.

Ma Pan szczęśliwe życie rodzinne. Zawodowo chyba też nie może Pan narzekać?

Zawsze ludzie podawali mi pomocną dłoń. Janek Kobuszewski, Dudek Dziewoński… Wspaniali koledzy. Kiedy skończyłem studia, zaczął się stan wojenny. Myśmy nic nie mieli. Ileż razy kolega szepnął znajomemu:  „Weź go, daj robotę, ma małe dziecko”.

Kiedy chorowała moja mama, Paweł Wawrzecki uruchomił swoje kontakty medyczne. Myślę, że ktoś tam z góry opiekuje się mną. Całe życie spotykałem życzliwych, serdecznych ludzi. Chciałbym, aby moi bliscy też mieli tyle szczęścia.

Wierzy Pan, że dobro wraca?

Oczywiście! Jeśli okazujesz komuś serce, to w potrzebie i on wspomoże ciebie. Przekonałem się o tym wiele razy. Ma Pan za co dziękować losowi? Po stokroć! Za rodzinę, bo mam taką wspaniałą. Za to, że jest nam dobrze, że mamy gdzie mieszkać, że uprawiam ukochany zawód. Za zwykłe, piękne rzeczy. Najważniejsze to zdrowym być. I spotykać dobrych ludzi.

Rozmawiała: Iwona Spee

Dobry Tydzień

Zobacz również

  • Talent do bawienia innych odziedziczył po mamie. Od lat ciągle w drodze, bo publiczność wciąż go kocha. Prywatnie kochający mąż i oddany ojciec. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.