Reklama
  • Wtorek, 7 lutego (08:05)

    Andrzej Zieliński. Urodzony pod szczęśliwą gwiazdą!

Wypadku samochodowego latem tego roku mógł nie przeżyć. Miał szczęście. Dzięki pomocy najbliższych stanął na nogi. I stawił się na własnym ślubie.

Reklama

Andrzej Zieliński (72), lider zespołu i kompozytor największych przebojów legendarnych Skaldów opowiada o ostatnich zmianach w życiu, czasach młodości i pokoleniowej miłości do muzyki.

Jak się pan czuje?

Już całkiem nieźle. Jeszcze przechodzę rehabilitację, jestem pod kontrolą lekarzy, ale już koncertuję. Choć śpiewanie przychodzi z trudnością, bo po wypadku, przez połamane żebra, miałem problem z oddechem.

Mocno się pan poturbował?

Miałem m.in. połamany mostek, siedem żeber, pęknięty je den kręg w odcinku piersiowym kręgosłupa, w głowie dużą dziurę, którą lekarze musieli mi zszyć. Miałem też pękniętą nerkę, ale na szczęście rana samoistnie się wchłonęła i tak naprawdę dała mi szansę na przeżycie. W innym wypadku skończyłoby się bardzo źle.

Wywinął się pan śmierci...

Widziałem już to białe światło w tunelu, ten drugi świat. Ale na szczęście w porę się ocknąłem i zobaczyłem obok siebie pielęgniarki. Od razu sobie pomyślałem: O, wróciłem. W szpitalu we Włocławku lekarze ratowali mnie przez dwa tygodnie. A potem karetką zostałem przewieziony do kliniki uniwersyteckiej w Krakowie. Helikopter odpadał, lekarze bali się, że nerka nie wytrzyma.

A Kto czuwał przy panu w tych trudnych chwilach?

Moja żona Marta. Ona właściwie od początku była przy mnie, codziennie od rana w szpitalu. Opiekowała się mną, dyscyplinowała, żebym nie tracił wiary. Siły dodawała mi myśl, że w wypadku nie ucierpiały moje palce. Zresztą zaraz po przebudzeniu sprawdziłem właśnie czy ruszam palcami.

Czy będzie pan mógł grać?

Tak. Nic innego nie było ważne: czy głowa cała, czy czucie w nogach, tylko czy palce są sprawne.

Nie pierwszy raz dostał pan kolejną szansę na życie. W 1968 roku też przeżył pan poważny wypadek.

Jechaliśmy nocą do Sopotu na festiwal wypożyczonym z Kołobrzegu autobusem. Kierowca przed kursem naprawiał system wydechowy i nawdychał się tych oparów. Zasnął za kierownicą i uderzył w drzewo, a ja w poręcz. Szyba na dachu rozstrzaskała się i poleciała prosto na mnie. Miałem wstrząs mózgu. Leżałem w szpitalu przez długi czas, a jak doszedłem do zdrowia, usiadłem do fortepianu i w październiku tego samego roku skomponowałem utwory do płyty „Cała jesteś w skowronkach”. Moi koledzy śmieją się dziś, łącznie ze mną, że uderzenie w tym autobusie spowodowało u mnie erupcję talentu, bo na tej płycie znalazło się z osiem przebojów, granych do dziś, m.in. „Medytacje wiejskiego listonosza”, „Z kopyta kulig rwie”, „Prześliczna wiolonczelistka”.

Czyli urodził się pan pod szczęśliwą gwiazdą!

Chyba tak. Urodziłem się pod koniec wojny w Gdowie w murowanym młynie nad Rabą. Nadchodzili Rosjanie, a Niemcy uciekali do Berlina. I pod tymi kulami przyszedłem na świat. A dwa lata później urodził się mój brat Jacek, już w Krakowie, gdzie zamieszkaliśmy po wojnie.

Miłość do muzyki wyszła z rodzinnego domu?

Ojciec był zawodowym skrzypkiem. Po wojnie założył orkiestrę symfoniczną wraz z dyrygentem Jerzym Gertem. I zabierał nas na próby. Kiedy miałem pięć lat zacząłem uczyć się gry na fortepianie. Jacek wziął do ręki skrzypce. Trochę nie miał wyboru, bo ktoś musiał je odziedziczyć po ojcu. Ja się do tego nie rwałem (śmiech).

Grywaliście we trzech?

Oczywiście, w każdą niedzielę. Ojciec w domu grał na violi da gamba, instrumencie przypominającym wiolonczelę. A potem zabierał nas do kina na tzw. poranki dla dzieci. To były czasy bez telewizorów i komputerów. Jedyną rozrywkę zapewniał sport, muzyka i właśnie kino.

Który z braci był spokojniejszy, pan czy młodszy Jacek?

Mama nie miała z nami kłopotów. Ona też kochała muzykę, wspierała nas w muzykowaniu. Rodem była góralką z Zakopanego i pięknie śpiewała. I te jej podhalańskie melodie były dla mnie inspiracją do tworzenia późniejszych kompozycji. Jako pierwszy „przełożyłem” je na rocka np. w „Krywaniu, Krywaniu”.

A czego słuchał pan jako nastolatek?

Radia Luxembourg, bo tylko tam nadawali aktualne rockowe hity, głównie brytyjskie i amerykańskie. Płyt nie można było wtedy w Polsce dostać, zresztą jak i instrumentów. Na pierwszej płycie Skaldów brzmią gitary robione przez nieżyjącego już kolegę – Olka Kukiełę. A organy Hammonda, nowość w Polsce w tamtych czasach, przywiozłem w 1969 roku z USA, gdzie mieliśmy trasę koncertową.

Komponował pan, grał, śpiewał. A rockandrollowe życie też istniało?

Musiało, bo inaczej człowiek by tego tempa nie wytrzymał (śmiech). Po każdym koncercie przy kolacji zawsze grał jakiś zespół dancingowy. Takie dan- cingi odbywały się sześć dni w tygodniu, chyba tylko w poniedziałki nie grali (śmiech). Stres trzeba było odreagować. Człowiek był silny, młody, więc dużo potrafił znieść, przyjąć, mało spać...

Przetrwaliście w tym samym składzie do dziś. To chyba nie jest często spotykane?

To jest chyba siła braci. Statystyki pokazują, że rodzinne zespoły „żyją” bardzo długo, np. The Beach Boys czy Bee Gees.

Pan na prawie 10 lat opuścił jednak zespół i po stanie wojennym, który zastał Skaldów w Stanach, nie wrócił.

Chciałem sprawdzić się w ojczyźnie bluesa i rocka. W Polsce muzycznie osiągnąłem już wtedy wszystko, co mogłem. Przyszedł czas na amerykańską przygodę. Zostałem, założyłem kilka zespołów, rozwijałem się muzycznie.

Musiał pan w tym czasie jakoś dorabiać?

Nie, przez cały czas udawało mi się żyć z muzyki. Dobrze mi się wiodło. Najpierw mieszkałem w Chicago, a potem na stałe przeniosłem się do miasta sztuki, czyli do Nowego Jorku. Tak naprawdę w Stanach spędziłem 30 lat, dopiero niedawno zamknąłem tamten rozdział.

A jak poznał pan swoją obecną żonę?

Na stypie po śmierci Piotra Skrzyneckiego w „Piwnicy pod Baranami”. To był 1997 rok. Uczucie było tak silne, że całkiem zmieniło moje życie.

Ale dopiero niedawno, po 20 latach, wzięliście ślub. To przez ten wypadek?

Decyzję podjęliśmy dużo wcześniej, wypadek raczej mógł pokrzyżować te plany. Nie wiadomo było czy dojdę do zdrowia, czy ślub się odbędzie. Ale szczęśliwie stawiłem się w terminie i o własnych siłach. I nawet zatańczyłem pierwszy taniec przy piosence Serge’a Gainsbourga i Jane Birkin „Je t’aime... moi non plus” .

Aleksandra Jarosz

Świat & Ludzie

Zobacz również

  • Talent do bawienia innych odziedziczył po mamie. Od lat ciągle w drodze, bo publiczność wciąż go kocha. Prywatnie kochający mąż i oddany ojciec. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.