Reklama
  • Wtorek, 14 marca (08:05)

    Anita Sokołowska: Cenię zwyczajne szczęście

Reklama

Zaangażowała się w kampanię społeczną Ogólnopolskiej Organizacji Kwiat Kobiecości, by ratować kobiety przed rakiem szyjki macicy. Tegoroczna akcja przebiega pod hasłem: „Wpadnij na przegląd do ginekologa” i ma za zadanie przekonać panie do badań profilaktycznych.

tina: Zdarzyło się Pani odkładać wizytę u lekarza z miesiąca na miesiąc, bo nie było czasu?

Anita Sokołowska: Przyznaję: dopiero będąc w ciąży, poczułam, co znaczy regularność badań i odtąd staram się tego pilnować – dla siebie, dziecka i rodziny, bo własne zdrowie to także ich sprawa, nie tylko moja. Dziś wiem, że warto, mimo nawału obowiązków, poświęcić dla siebie ten czas, choćby raz w roku.

To ważne! Tym bardziej, że rak szyjki macicy jest chorobą w pełni uleczalną, o ile zostanie w porę wykryty, co gwarantują systematyczne badania. I taka jest właśnie idea akcji, by mówić o tym wszem i wobec, uświadamiać, przypominać. Zapobiegać każdej możliwej tragedii, dopóki jest czas.

Jak zamierza Pani to robić razem z innymi ambasadorkami akcji?

Po inauguracji w Warszawie 21-22 stycznia ruszamy w Polskę na spotkania, prelekcje i rozmowy z kobietami. Odwiedzimy też szkoły, przeprowadzimy wykłady na temat zdrowia.

Rozdamy zaproszenia na bezpłatne badania cytologiczne, co stanowi konkretną pomoc, zwłaszcza dla młodych dziewcząt, które nie wiedzą, dokąd pójść, bądź trudno im się zdecydować. Wierzę, że przykład osób, które znają z ekranu, zachęci je do walki o swoje zdrowie i życie.

Która z serialowych postaci: doktor Lena Starska z „Na dobre i na złe” czy też Zuza z „Przyjaciółek” jest Pani bliższa?

Może jestem gdzieś pośrodku. Na pewno różnię się od Zuzy – jej sposobu życia, bycia, pracy, stylu ubierania. Początkowo denerwowała mnie wręcz tak, że trudno mi było ją grać!

Uważałam, że takich kobiet jak ona nie ma – zdeklarowanych singielek, pracoholiczek, zawsze nienagannie eleganckich, na szpilkach… „Ugryzłam” ją więc lekko komediowo i to sprawiło, że stała się strawna dla mnie, zaś ludzie też ją kupili.

A Lena? Wiadomo – jest mądra, ciepła, kochająca... Może trochę tych jej cech w sobie mam? (uśmiech).

Podobno prywatnie jest Pani osobą nieśmiałą.

Bardzo! Przeżyłam już trochę lat, spotkałam po drodze ileś tam osób, powinnam więc uodpornić się na nowe znajomości, relacje. Tymczasem do dziś, jeśli mam wejść w towarzystwo, którego nie znam, zamieniam się w małą dziewczynkę, która siedzi sobie w kąciku i marzy o tym, by nikt jej o nic nie spytał… Ten typ tak ma (uśmiech).

Ale ta „dziewczynka” potrafi zmieniać się na macie w… Bruce’a Lee, mistrza kung-fu!

No bez przesady! (śmiech) Mistrza to może nie, natomiast rzeczywiście, od pewnego czasu trenuję ten sport. Po części z troski o własną kondycję, a trochę za namową mojego Bartka, który ćwiczy od dawna (Bartosz Frąckowiak to partner aktorki, reżyser teatralny – przyp. red.). Fajnie mieć w związku wspólne pasje. Robić coś razem, porozmawiać o tym, zwłaszcza że kung-fu to nie tylko ruch, lecz także filozofia i tryb życia, który nam odpowiada.

Pracujecie Państwo razem?

Poznaliśmy się w pracy. Potem tak się złożyło, że Bartek dostał propozycję objęcia funkcji wicedyrektora Teatru Polskiego w Bydgoszczy, którego byłam aktorką; w sumie zrobiliśmy wspólnie trzy spektakle. Ale mamy również odrębne obszary zawodowe – i tego też nam potrzeba.

„Oczkiem w głowie” mamusi i tatusia jest mały Antoś?

Staramy się, żeby nie wyrósł na egoistę, ale oczywiście, stanowi centrum naszego świata, największy skarb i szczęście, jakie mogło się nam przytrafić. Jest bardzo energicznym chłopcem, wszędzie go pełno, ale cóż? W końcu ma po kim – oboje: mama i tata charakterni (śmiech).

Próbuję uczyć go dobrych manier, mówienia „proszę”, „dziękuję”. Niedawno znajomy pan doktor powiedział w gabi necie, że tak dobrze ułożonego dziecka dawno nie widział. No, niechby go jednak zobaczył w domu!... (śmiech).

Czy to dla Antka nauczyła się Pani gotować? Zwłaszcza jego ulubioną zupę ogórkową?

Rzeczywiście, uwielbia ogórkową, aczkolwiek ostatnio przerzucił się na pomidorówkę. Natomiast nie jest prawdą to, że wcześniej nie gotowałam. To właśnie teraz, odkąd mam dziecko, staram się nie tracić za dużo czasu na stanie przy garach. Wolę poczytać synkowi książkę i poukładać z nim klocki. Myślę, że większa z tego korzyść niż z ciągłej krzątaniny w kuchni i odsyłania malucha przed telewizor.

Planujecie powiększyć rodzinę?

Zostawiam to swojemu biegowi. Nie mówię tak, nie mówię nie...W życiu nie da się ułożyć wszystkiego od A do Z.

Słyszałam, że jest Pani pasjonatką narciarstwa...

Udało się nam z Bartkiem wyrwać tuż przed świętami na kilka dni na lodowiec. Lepszych nart w życiu nie miałam: pogoda, słońce, świetnie przygotowane stoki, mało ludzi. Przez pierwszy dzień szaleliśmy w zachwycie, bez tchu!

Jakieś marzenia na nowy rok?

Na pewno przyjemność sprawiłaby mi daleka wyprawa we troje, na inny kontynent. Ale jeśli się nie uda, może być bliżej i na krócej. Nie mam specjalnych wymagań od losu. Nie szukam wspaniałości, ekstremalnych doznań. Oglądam się za codziennym szczęściem w gronie rodziny – razem, w zgodzie i w zdrowiu.

Rozmawiała: Jolanta Majewska

Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Zobacz również

  • U chodzi za jedną z najbardziej tajemniczych aktorek. Chociaż żywiołem Magdaleny Cieleckiej (44) jest teatr, aktorka zagrała w wielu popularnych serialach, m.in.: Magda M., Oficer, Hotel 52,... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.