Reklama
  • Wtorek, 28 lutego (13:00)

    Anita Werner: Bez widowni nie istnieję

Anita Werner uwielbia newsy i wywiady, które – trzeba przyznać – znakomicie jej wychodzą. Za to sama na pytania odpowiada bardzo niechętnie. Jednak dla nas zrobiła wyjątek i opowiedziała, jak wygląda jej nieoficjalny świat oraz zdradziła, o czym najbardziej marzy.

Reklama

Zdobyła Pani nominację do Telekamery. Co bardziej motywuje: pochwały czy krytyka?

Jestem z tych, którzy lubią pozytywną motywację. Wpadki na szczęście nie zdarzają mi się często. Gorszy dzień lub moment, zgodnie z zasadą: „Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”, też potrafi dać mi niezłego kopa, mobilizuje do ciężkiej pracy, do bycia lepszą. Nic tak jednak nie dodaje skrzydeł jak uznanie osób, które doceniają moją pracę.

Gdy widzowie dają mi sygnały, że to, co robię, ma sens, mogę przenosić góry. Telekamera jest niezwykle cenną nagrodą, bo przyznają ją telewidzowie, a ja przecież właśnie dla nich pracuję. Bez widowni nie istnieję! Tegoroczna nominacja utwierdza mnie w przekonaniu, że moja praca wciąż ma wartość. I bardzo za to dziękuję.

Otrzymała też Pani MediaTory za dokument „Miss więzienia”. Gdzie Pani trzyma te nagrody?

Mam taką specjalną półkę w mojej pracowni: stoją tam Wiktory, MediaTory, obok na ścianie wiszą wyróżnienia plebiscytu Grand Press. Telekamera stoi na biurku. Moi Bliscy śmieją się, że zorganizowałam sobie małą salę pamięci. Ale kiedy patrzę na te nagrody, myślę, że dobrze wybrałam drogę zawodową. Kocham swoją pracę i niezwykle się cieszę, że ci, dla których to wszystko robię, są ze mnie zadowoleni.

Którą nagrodę darzy Pani największym sentymentem?

Nie wierzę tym, którzy mówią, że nagrody są nieważne. To nieprawda, są bardzo ważne. Są motywujące. Ciężko mi wybrać tę najważniejszą, ale chyba największym sentymentem darzę pierwszego Wiktora. Gdy go otrzymałam, byłam na początku swojej dziennikarskiej drogi, a do tego na życiowym zakręcie, bo zaraz po ciężkiej chorobie mojego Taty.

Kiedy dziś przypominam sobie tę bardzo młodą, niedoświadczoną dziewczynę, to mam przed oczami dziesiątki godzin spędzonych w pokoju drużyny „Faktów”. Każdy moment próbowałam wykorzystać do tego, by uczyć się od lepszych. To były niesamowite czasy.

Dzisiejsze media są drapieżne. Jak podchodzi Pani do rywalizacji?

Na co dzień bijemy się z innymi stacjami o jak najlepsze wyniki oglądalności. Walczymy o widzów, o coraz lepszą formułę programów. Rywalizacja może być pozytywnym bodźcem, może nakręcać. Jeżeli dzięki niej powstaje jeszcze lepszy telewizyjny produkt, dobry merytorycznie, zaawansowany technologicznie, to na pewno jest to powód do dumy.

Czuje Pani oddech konkurencji za plecami?

Pyta Pani o młodszych ode mnie dziennikarzy? No więc dużą frajdę sprawia mi, kiedy mogę obserwować młodych dziennikarzy, którzy mają pasję i chcą się uczyć. Naprawdę im kibicuję. Cieszę się, że niektórym z nich pomagałam stawiać pierwsze kroki.

Tak, jestem już w takim wieku, że mam swoich wychowanków (śmiech). Bywałam surowa, ostra i wymagająca, ale teraz jestem dumna, kiedy patrzę na antenie TVN 24 na tych, których jeszcze kilka lat temu uczyłam pracy z tekstem i z kamerą.

Nie kusi Panią, by iść z duchem czasu i jak niektórzy koledzy przenieść się do Internetu?

Wciąż jestem w najlepszym miejscu w tym kraju. „Fakty” to wypracowana przez lata marka, a TVN i TVN 24 dają mi szeroki wachlarz możliwości. Na co dzień pracuję w głównym dzienniku informacyjnym, ale przeprowadzam też wywiady z politykami, a od czasu do czasu wychodzę ze studia i jadę w świat.

Parę lat temu powstała moja autorska seria „Dama Pik”. Rok temu z ekipą TVN Style zrobiłam dokument „Miss więzienia”. Znów przez chwilę mogłam poczuć się reporterem. To był świetny temat i niesamowite przeżycie.

Miniony rok wychodzi na plus?

Nie podsumowuję. Po prostu na bieżąco wyciągam wnioski i idę naprzód. Staram się koncentrować się na tym, co jest tu i teraz, żeby przekuć to w jeszcze ciekawszą przyszłość. Nie siadam 31 grudnia z notesem, by spisać dobre i złe rzeczy, które się przydarzyły, a zaraz potem plany na kolejne 12 miesięcy.

Jakie ma Pani pomysły na przyszłość?

Zna pani przysłowie: „Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to powiedz mu o swoich planach”? No właśnie! Choć rzeczywiście jakoś tak się dzieje w moim życiu, że ściągam dobre rzeczy myślami. Niektórzy się z tego śmieją, inni mówią, że jestem czarownicą (śmiech).

Może po prostu zamiast mówić, że planuję, wolę mówić, że marzę? A marzenia mają sens, jak się je spełnia. Przecież dobrzy sportowcy wygrywają także dlatego, że wizualizują swoje przyszłe sukcesy.

To proszę zdradzić chociaż jedno marzenie. Nauka języka, kurs nurkowania albo pilotażu?

O pilotowaniu nawet nie myślę, bo zdecydowanie lepiej czuję się na ziemi. Ale może wsiądę kiedyś do samolotu, by pojechać w wielomiesięczną wyprawę dookoła świata? Podróże nieustannie mnie kuszą. Wciąż mam przed oczami wizje potencjalnych miejsc, które chciałabym zobaczyć. Na co dzień wykorzystuję każdą chwilę, żeby gdzieś wyjechać. To pozwala mi naładować baterie; zobaczyć, jak gdzie indziej wygląda świat. Nawet jeżeli to „gdzie indziej” to tylko 400 km od Warszawy.

A jak wygląda Pani świat po godzinach? Co lubi Pani robić?

No właśnie, podróżować. A do tego odpowiednią dawkę adrenaliny zapewnia mi sport: narty zimą, rower albo siatkówka plażowa latem i bez względu na pogodę – siłownia. Lubię też sporty motorowe.

A jak się Pani wycisza po pracy? Słucha Pani muzyki, czyta, odwiedza ośrodki SPA?

Bardzo relaksuje mnie sen. Wiele stresów zawodowych i prywatnych po prostu odsypiam. Im jestem starsza, tym dłużej śpię. Aż się boję pomyśleć, co będzie za 10-20 lat (śmiech). Rozmawiała Małgorzata Pyrko

Telemax

Zobacz również

  • U chodzi za jedną z najbardziej tajemniczych aktorek. Chociaż żywiołem Magdaleny Cieleckiej (44) jest teatr, aktorka zagrała w wielu popularnych serialach, m.in.: Magda M., Oficer, Hotel 52,... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.