Reklama
  • Czwartek, 26 stycznia (13:05)

    Beata Tadla: Mój dom to azyl

Twarda i zasadnicza. Ale dziś życie przyjmuje łagodnie. Z Jarosławem Kretem stworzyli rodzinę, w której panuje spokój i harmonia.

Reklama

Konkretna, pewna tego co mówi, twarda babka z ujmującym głosem – tak myślę o Beacie Tadli (41) po kilku minutach rozmowy. Ale im dłużej trwa nasze spotkanie, pierwsze wrażenie zdaje się rozmywać. Prywatnie pełna emocji, nieobojętna na ludzki los, mająca chwile załamania. To szczera rozmowa o tym, co ją cieszy, co boli, o ukochanym Jarosławie Krecie (52), dorastającym synu Janku i własnych marzeniach.

Napisałaś autobiografię?

To jest raczej mój zawodowy życiorys. Chciałam pokazać pewną drogę, jaką przeszłam, od nastolatki z Legnicy, która sięgając po marzenia dotarła do Warszawy i która na swoją pozycję ciężko pracowała, przeszła wiele etapów. To jest książka o kulisach tej „pozycji” w medialnym świecie.

Chciałaś ją napisać bo...

Bo uświadomiłam sobie, że w tym roku, gdy minęło 25 lat mojej zawodowej pracy, zwolniono mnie z TVP. Ktoś wkroczył na moje terytorium i zabrał mi to, co kocham. Zatoczyłam krąg. Nie wiedziałam, jak potoczą się moje losy. Pomyślałam, że to jest dobry czas na książkę.

Piszesz o blaskach i cieniach dziennikarstwa. A twoje osobiste cienie?

Jestem kruchej konstrukcji. Jeśli w materiale są trudne emocje, nie zawsze utrzymuję je na wodzy.

Na przykład wydarzenia z 10 kwietnia 2010 roku?

To jeden z dwóch najtrudniejszych momentów w mojej karierze. Ostatnio, kiedy robiłam zakupy, podszedł do mnie pan i powiedział coś bardzo ważnego dla mnie: „my zwykli ludzie tak bardzo potrzebujemy od was dziennikarzy żywych, zwykłych emocji, czegoś prawdziwego. Zobaczyłem to 10 kwietnia w waszym wydaniu i to był najważniejszy obraz, jaki widziałem po 89 roku”. Bardzo się wtedy wzruszyłam.

A ten drugi raz, kiedy emocje wzięły górę?

Będąc już w „Wiadomościach”, pojechałam zrobić wydanie z Majdanu, kiedy trwały zamieszki. Nikt nie przypuszczał, że rozpęta się piekło. Widziałam po raz pierwszy, jak zabijano ludzi i jak potem składowano ciała w hotelowym korytarzu. Należało zrobić materiał, nadawać na żywo. Do dziś mam ten obraz przed oczami.

Największy koszt tej pracy jest taki, że nie można jej zostawić w budynku redakcji. Ona towarzyszy ci przez resztę dnia, czasem resztę życia. Ale w książce jest też wiele zabawnych momentów, sporo kuchni, do której widz nie ma dostępu. Patrzę na samą siebie z dystansem i autoironią. Liczę, że dzięki temu czytelnik spojrzy na ludzi z okienka nieco łaskawszym okiem.

Podobno po zwolnieniu z TVP myślałaś o rezygnacji z zawodu.

Ta cała sytuacja bardzo mnie zniechęciła. Pomyślałam sobie, że poszukam jakiegoś miejsca na uboczu. Wcześniej skończyłam studia podyplomowe w zakresie kształcenia głosu i mowy, skupiłam się na innych polach pracy.

Zaraz ruszyła lawina informacji na temat twojego życia: kłopoty finansowe, kryzys w związku…

Nie przykładam wagi do plotek, ale te, które stawiają mnie w złym świetle bolą, bo ludzie w nie wierzą. I co? Mam się za każdym razem tłumaczyć, że wysokość naszego kredytu jest wymyślona, że nie mamy żadnego luksusowego domu, tylko połowę bliźniaka i to w żadnej ekskluzywnej dzielnicy? A jak straciliśmy pracę, to nie kłóciliśmy się, a wręcz odwrotnie?

Naprawdę każdej kobiecie życzę, żeby w razie kłopotów, dostała takie wsparcie, jakie ja otrzymałam od Jarka. Jesteśmy parą dorosłych ludzi, którzy są doświadczeni życiowo, rozumieją się wzajemnie i cudownie uzupełniają.

No to co z tym ślubem?

Zawsze się śmieję, że według prasy wzięliśmy kilka ślubów i zostańmy przy tym, żeby nikt nic nie wiedział...

Zaraz zaraz, czyli ślub już był?

Bez komentarza.

A może pobraliście się za granicą, np. na Madagaskarze?

A może na Mauritiusie...(śmiech). Zmieńmy temat.

Wiedziałaś, że od kiedy na jaw wyjdzie wasz związek, będziecie na świeczniku?

Nie wiedziałam, jakkolwiek to naiwnie zabrzmi. Poszliśmy na randkę, ktoś nas przyuważył i lawina ruszyła...

Niewielu dawało wam szansę...

A my, na przekór wszystkim i wszystkiemu, nadal razem.

A ja słyszałam, że to jest twoja zasługa, że to ty wszystko spinasz, nadajesz rytm, sprawiasz, że chce się wrócić do domu.

Czy ja wiem? My po prostu uzupełniamy się wzajemnie. Ja bardzo dbam o to, żeby w domu, w tym najbliższym otoczeniu był spokój, żeby tam było ciepło, żeby to był azyl, do którego nie trafiają złe rzeczy ze świata.

Jarek robi to samo. W tym naszym zaciszu chcemy się naładować, a potem iść znowu walczyć. Jestem kobietą twardo stąpającą po ziemi, zasadniczą, cholernie upartą. Ale też jestem w takim wieku, że przyjmuję życie w sposób łagodny i godny.

Teraz zamieniliście się rolami? Ty pracujesz, a Jarek zajmuje się domem?

Ale my nigdy nie przestaliśmy pracować, bo jak nam podziękowano w TVP, to zakasaliśmy rękawy i zaczęliśmy pracować na innych polach. Nie było czegoś takiego, że Jarek siedzi w domu, a ja biegam do pracy. Jest zapraszany do różnych projektów, skończył książkę o Ziemi Świętej.

A jak w tym wszystkim odnajduje się twój dorastający syn, 15-letni Janek? Daje radę (śmiech). Ma ochotę pójść w ślady rodziców?

Chyba sam jeszcze nie wie. Interesuje go świat, teraz szczególnie Wschód. Jest inteligentny, ma swoje zdanie. Niedawno byliśmy wszyscy razem w Gruzji. Był oczarowany tym państwem.

To już jest prawie dorosły facet. Masz partnera do rozmowy...

To prawda. Czasem wracam do domu bardzo zmęczona, a on mnie pyta, jakie jest PKB Rumunii (śmiech). Bardzo lubi podróżować, jak już zacznie rozmawiać z Jarkiem...

A jego relacje z tatą Radosławem Kietlińskim? Ułożył je sobie?

Nigdy ich nie stracił, wszystko jest w porządku.

A wasze relacje?

Naszym priorytetem jest wychowanie syna i w tym względzie mamy wspólny front.

Przed tobą nowy zawodowy rozdział, praca w Nowej TV. Są emocje?

Jest adrenalina, jest też odpowiedzialność. Wiesz co mnie przekonało do tej pracy? Osoby w zespole, które po prostu znam, a one znają mnie. Nie jest mi łatwo wkraczać na nowy, obcy teren. Długo przekonuję się do nowych osób. Tutaj wiem, że będzie nam się dobrze pracować, a ja ponad wszystko cenię sobie atmosferę w pracy, cenię człowieka.

Czego ci życzyć na tej nowej drodze?

Żebyśmy nigdy nie stracili tego entuzjazmu, jaki towarzyszy na starcie, żebyśmy mieli dużo wytrwałości w sobie, zdrowia. Abyśmy cały czas byli zgraną paczką.

A twoje marzenia?

Mam ich mnóstwo, bo jak człowiek przestaje marzyć, to po prostu umiera, więc ja codziennie sobie o czymś marzę. To jest związane z podróżami, doświadczeniem czegoś nowego. I chciałabym, żeby już nic się nie zmieniało na gorsze. Jest dobrze!!! Aleksandra Jarosz

Świat & Ludzie

Zobacz również

  • Przez wiele lat jako terapeutka słuchała uważnie ludzi. Czy to doświadczenie inspiruje Panią Karolinę do pisania? Mówi, że tak. Podobno najlepsze scenariusze pisze samo życie. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.