Reklama
  • Środa, 8 marca (15:05)

    Daria Widawska: Naprawdę mam dużo szczęścia w życiu!

Lubi mieć wszystko zorganizowane, ale planów na przyszłość nie robi. Urodzona optymistka, spełniona mama, żona, aktorka. Z wielkim poczuciem humoru!

Reklama

Gdy umawiamy się na wywiad, trochę się obawiam, że z Darią Widawską (39) nie będzie łatwo. Niepotrzebnie!

Dlaczego nie ma cię dziś w żadnym serialu?

Nałożyło się na to wiele spraw, m.in. to, że po raz drugi zostałam mamą. Jeszcze będąc w ciąży dostałam propozycję zagrania w sztuce „Hawaje, czyli przygody siostry Jane” w teatrze Capitol. Dyrekcja zapowiedziała, że poczekają tak długo, aż będę gotowa wrócić na scenę.

Nigdy nie grałam w farsie, terminy były dogodne, więc po czterech miesiącach od narodzin Bruna stawiłam się na próbach. Dziś udaje mi się to połączyć z wychowaniem dzieci, więc nie rozglądam się za inną pracą. Ale gdyby pojawiła się jakaś super propozycja...

Na przykład?

Od lat marzę, aby zagrać twardą kobietę, zły charakter...

Tęsknisz za pracą w serialu?

Jeszcze nie na pełen etat, ale – skoro dopytujesz – to już niedłu go można mnie będzie zobaczyć w niewielkiej rólce w serialu „Nia nia w wielkim mieście”, bo bardzo spodobał mi się scenariusz.

Naciskam, bo jakoś mi brakuje w telewizji tych burzy rudych loków...

A ja myślę, że czasem trzeba dać odpocząć widzowi od siebie.

Zawsze chciałam cię o to zapytać. W dzieciństwie nie dokuczano ci z powodu twoich włosów, bo mówi się, że rudy...

To fałszywy, wredny. Oczywiście, że wołali na mnie „Ruda” i dodawali różne przymiotniki, tylko że ja nie miałam z tym problemu. Po pierwsze dlatego, że z domu wyniosłam duże poczucie wartości, a po drugie miałam świetny kontakt z rówieśnikami. W taki sposób czasem sobie żartowali.

Byłaś grzeczną dziewczynką w dzieciństwie?

Powiedzmy, że trzymałam się w ryzach. Nigdy nie wróciłam z imprezy pijana, nie brałam narkotyków. Zawsze trzymałam kontrolę nad tym, co robię i ogarniałam towarzystwo. I tak jest do tej pory, takie życie lubię.

Zaradna, zadaniowa, konkretna, potrafi siarczyście zakląć. Tyle można wyczytać o tobie w prasie. To prawda?

Skoro tak piszą...

I od początku taka byłaś?

Chyba tak. Pamiętam, że w li- ceum wszyscy myśleli, że to ja jestem gospodarzem klasy, bo wszystko zawsze jakoś udawało mi się załatwić, szłam na pierwszy ogień do nauczycieli. Potrafiłam dobrze negocjować i przekonywać. Potem, na studiach zostałam członkiem samorządu studenckiego. I też wszyscy myśleli, że jestem przewodniczącą. Urodziłam się społecznikiem i utarło się na lata, że czego nikt nie załatwi, tam Widawską poślijcie (śmiech).

Jedna z twoich koleżanek powiedziała kiedyś, że byłaś jedynym mężczyzną na wydziale aktorskim.

Na roku! No bo kiedy trzeba było przynieść ławki czy krzesła, zawsze byłam pierwsza. Charakterem jestem trochę podobna do mamy, która była takim kierownikiem domu, jednostką ustawodawczą. Tata zaś pełnił władzę wykonawczą.

A u ciebie też tak jest w małżeństwie?

Nie i, szczerze powiedziawszy, nawet nie wiem, jak nazwać nasz model małżeński. U nas wszystko jakoś dzieje się samo. Nigdy nie zastanawiałam się czy teraz to ja powinnam zmywać, a mój mąż gotować. Nie mamy takiego jasnego podziału, po prostu robimy wszystko na zmianę. Prawie, bo oczywiście, jak w każdym domu, mamy swoje specjalności.

Twoją specjalnością jest...

Sprzątanie. Wszyscy wiedzą, że to moja rola, że zrobię to najlepiej. Lubię jak wszystko jest na swoim miejscu. Lubię dekorować, urządzać dom, nawet remontować.

A męża specjalność to...

Organizacja rodzinnych wyjazdów. Ja tylko podaję moje wolne terminy...

Kiedyś powiedziałaś, że w waszym związku po prostu wspólnie staracie się kleić ten świat. Jak jedno nie może, to klei drugie.

I tak jest. Każdy ma przecież lepsze i słabsze momenty w życiu.

W grudniu minęło 16 lat, odkąd jesteście razem.

I jeszcze, proszę, zadaj mi pytanie czy robiłam jakieś podsumowanie! (śmiech). To pytanie uwielbiam. Nie potrzebuję zastanawiać się nad zyskami, stratami, błędnymi decyzjami. A skoro jesteśmy wciąż razem, to jest nam dobrze i fajnie.

A wymień cechy, które lubisz w swoim mężu.

Jest po prostu fascynującym człowiekiem, wciąż mi imponu- je, zaskakuje, interesuje i napędza. Nie ma tutaj żadnej głęboko ukrytej filozofii.

A czy łatwo żyje się z taką zaradną, konkretną kobietą?

A... to już jest pytanie do mojego męża. Myślę, że chyba mnie lubi taką jaka jestem, skoro jesteśmy wciąż razem (śmiech).

Rok temu na świat przyszedł wasz drugi syn, Bruno. Zmieniło cię to jakoś?

Cały czas uczę się przy moich chłopcach cierpliwości. Wiem, że powinnam być oazą spokoju dla nich, ale nie zawsze mi to wycho dzi. Jest między nimi duża różnica wieku, siedem lat, więc to są dwa inne światy. Jak młodszy Bruno płacze, a starszy Iwo woła, żeby mu pomóc w lekcjach, to biorę trzy oddechy i mówię do starszego, żeby chwilę poczekał, bo najpierw muszę młodszego uspokoić. Ale też przy Brunie wszystko co robię, jest już znane, spokojniejsze.

Grzeszki idealnej mamy?

Nie zawsze jestem konsekwentna. Ale tak naprawdę dla mnie najważniejsza jest jedna rzecz, która też ważna była dla moich rodziców, kiedy ja byłam dzieckiem. Uczę syna, że zawsze trzeba rozmawiać szczerze, cokolwiek by się stało, że najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa. Czasem, kiedy Iwo próbuje mnie okłamać, mówię: „Stary, ja wiem, że ty kombinujesz, bo ja ściemniam już 40 lat” (śmiech).

To przyznaj się teraz, czego rodzicom jednak nie mówiłaś!

Chodziłam na wagary z lekcji muzyki. Nie za często, bo szybko by się wydało, ale raz na jakiś czas robiłam sobie taką nielegalną przerwę. Ale jako nastolatka nie buntowałam się.

Czy ty masz jakieś wady?

Mam same wady (śmiech).

Jak to? Widzę fajną babkę, żonę, matkę, świetną aktorkę...

Naprawdę? A ja wciąż myślę, że mam za mało czasu dla wszystkich, czegoś nie zrobiłam, zapomniałam. Jestem złożona z samych wyrzutów sumienia. Wciąż myślę, że ciągle jest nie tak, ciągle za mało. I... mam kurzą ślepotę.

Da się z tym żyć? Wchodzisz do ciemnego mieszkania.

I zapalam światło (śmiech).

A kiedy wyłączą światło...?

To zapalam świeczki, bo w moim domu doskonale wiem co gdzie leży.

Twoje plany na ten rok?

Mówi się: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, to powiedz mu o swoich planach”. Więc nie mówię, nie planuję, bo zdarzyło się już tak, że w jednej sekundzie wszystkie plany legły w gruzach. Mam naprawdę dużo szczęścia w życiu, fajną rodzinę, zdrowe dzieci. Zawodowo też jest dobrze.

Aleksandra Jarosz

Świat & Ludzie

Zobacz również

  • Mówią o Pani: kobieta wielu talentów. Zgadza się Pani z tym twierdzeniem? Z grzeczności nie zaprzeczę, choć nigdy nie byłam zarozumiała i zawsze dziwiłam się, że potrafię nie tylko nieźle rysować... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.