Reklama
  • Poniedziałek, 23 stycznia 2017 (11:00)

    Edyta Herbuś: Cieszy mnie każdy dzień

Choć jest w szczęśliwym momencie swojego życia, ciągle ma apetyt na więcej i wiele marzeń do spełnienia. Nie zapomina też o swoich korzeniach.

Mając 18 lat, opuściła rodzinne Kielce i rzuciła się na głęboką wodę show-biznesu. Edyta Herbuś (35) szybko wyleczyła się z naiwności, nabrała dystansu, ale pozostała sobą. Dziewczyną, która ma jasne wartości i kieruje się sercem.

Mówi Pani, że należy do ludzi cieszących się życiem bez względu na okoliczności.

Reklama

Nie segreguję doświadczeń na dobre i złe, wiem, że wszystko dzieje się po coś lub w wyniku czegoś. Dlatego cieszy mnie każdy dzień. Przyjemnie jest doceniać każdy radosny moment, ale to te najtrudniejsze doświadczenia uczą najwięcej, wzbogacają osobowość. Kiedy się o tym pamięta, łatwiej o akceptację wszystkiego, co nas spotyka.

Mocny kręgosłup wyniosła Pani z rodzinnego domu?

Nauczono mnie uczciwości, pracowitości i wrażliwości na drugiego człowieka. Szacunku dla starszych. Nawet jeśli konsekwentnie dążę do realizacji planów, nigdy nie dzieje się to za wszelką cenę. Znam granice: nie wolno krzywdzić innych.

W dzieciństwie dużo czasu spędzałam na wsi u dziadków. Tam najważniejsze były wartości rodzinne, praca i to, że trzeba sobie wzajemnie pomagać. Lubiłam uczestniczyć we wszystkich wiejskich zajęciach z babcią Tolą. Kiedy byłam malutka, wiązała sobie chustę wokół ciała i mnie w nią wkładała. Dawała mi pajdę chleba z masłem i tak spędzałam z nią dzień na polu.

Obserwowałam, jak pracuje, podglądałam, jak się doi krowy, pomagałam karmić kury. Pamiętam zbieranie truskawek, sianokosy, żniwa. Rytm życia był zgodny z naturą, wyznaczany przez pory roku.

Do dziś jest Pani z babcią blisko związana. Ciągle wysyła jej Pani kartki z podróży?

W tym roku dostała pocztówki z moich wakacji z Toskanii, z wyprawy z przyjaciółką do Chicago, z Sycylii i Nowego Jorku. Wiem, że to dla niej ważne i dlatego dla mnie także. Lubię ten moment, kiedy gdzieś tam na świecie siadam nad pustą kartką i ubieram w słowa piękno kolejnego miejsca. Uśmiecham się na wyobrażenie o tym, jak listonosz przyjeżdża pod babciny dom i jak babcia się cieszy.

Przy tylu obowiązkach zawodowych dba Pani o relacje z rodziną, zagląda do Kielc.

Dla mnie to zupełnie naturalne. Ważne. Mam świetny kontakt z braćmi, Michałem, który od czterech lat mieszka w Warszawie i starszym Rafałem, który ma już trójkę dzieci. Jestem mamą chrzestną jego córeczki Zuzi. Do chrztu trzymałam także Lilę, córeczkę mojej przyjaciółki, która mieszka teraz we Frankfurcie. Mimo dzielących nas kilometrów, nadal jesteśmy sobie bardzo bliskie i spotykamy się systematycznie.

A czy mama jeszcze wpada do Pani ugotować zupę?

Kiedy pracuję cały dzień, mama przyjeżdża i moja ulubiona zupa ogórkowa już czeka na kuchence. Mama jest kochana. Bardzo dba o mnie, choć przecież jestem już dużą dziewczynką i sama też potrafię gotować. Ale wiadomo, że od mamy smakuje najlepiej. Ostatnio często przyjeżdżał do mnie z Kielc tata, bo pracował w stolicy, więc gotowaliśmy sobie razem.

Niedawno dziadkowie obchodzili jubileusz 60-lecia ślubu.

Świętowaliśmy całą rodziną. To był wzruszający czas w moich rodzinnych Kielcach. Dziadkowie są dobrym małżeństwem, a ich miłość, wzajemny szacunek jest dla całej naszej rodziny wielką inspiracją. Babcia zawsze nam powtarzała, że rodzina jest na pierwszym miejscu, że ważne, by razem spędzać czas.

Babcia Tola namawia Panią do ślubu?

Zna Mariusza i go uwielbia. Ale nie wtrąca się, nie komentuje, nie ocenia. Czasem tylko podpytuje. Babcia zna mnie tak dobrze, że sama potrafi rozpoznać, czy jestem szczęśliwa. Czuję pełną akceptację moich wyborów, co jest dla mnie wyrazem prawdziwej miłości.

Z Mariuszem Trelińskim tworzycie związek dwojga artystów o silnych osobowościach. Zdarzają się  konflikty?

Jesteśmy parą ponad 6 lat. Są chwile razem i osobno, jest wspólna praca  i praca osobno. To cały czas podsyca wzajemną ciekawość siebie, sprzyja temu, by temperatura uczuć nie słabła. Na co dzień jesteśmy zapracowani, zabiegani, dlatego wspólne wakacje to dla nas wyjątkowy czas. Szczególnie lubimy wracać do słonecznej Toskanii.

Powiedziała Pani kiedyś, że miłość i wolność są jak dwa skrzydła tego samego ptaka...

Udało nam się stworzyć taką relację, która nikogo z nas nie ogranicza. Wspieramy się wzajemnie. Towarzyszyłam Mariuszowi w Nowym Jorku w czasie premiery, kiedy to po raz pierwszy w historii sezon w Metropolitan Opera otwierał spektakl reżyserowany przez Polaka. Byłam taka dumna.

Ten czas wykorzystałam też, by pójść do szkoły językowej i na warsztaty taneczne. Z kolei kiedy ja miałam ostatnio premierę spektaklu „Zagraj to jeszcze raz, Sam” w teatrze w Lesznie, Mariusz też był przy mnie.

Kiedy ma Pani problem, to radzi się właśnie jego?

Przede wszystkim siebie. Często rozmowa z kimś bliskim, komu się ufa, bardzo pomaga, ale wierzę, że wszystkie odpowiedzi są w nas.

Kieruje się Pani intuicją czy chłodną analizą?

Intuicja jest bardzo pomocna, ale ważne jest, żeby działać w równowadze między duszą i umysłem. Żeby to, co podpowiada intuicja, przełożyć realnie na to, co jest tu i teraz. Dążę do harmonii.  

A jak układa się Pani relacja z Najwyższym?

Wychowałam się w tradycyjnej, katolickiej rodzinie, a praktykuję na swój indywidualny sposób. Miłość do Boga ujawnia się w miłości do samego siebie, do innych ludzi i stworzeń. Dla mnie bycie wierzącym człowiekiem to serdeczność w stosunku do drugiego człowieka, troska o niego,  poszanowanie czyjejś odrębności, gotowość do niesienia pomocy, wrażliwość na potrzeby innych. Przecież Bóg jest miłością.

Rozmawiała: Ewa Modrzejewska

Dobry Tydzień

Zobacz również

  • Przez wiele lat jako terapeutka słuchała uważnie ludzi. Czy to doświadczenie inspiruje Panią Karolinę do pisania? Mówi, że tak. Podobno najlepsze scenariusze pisze samo życie. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.