Reklama
  • Środa, 1 lutego (13:40)

    Izabela Trojanowska. Nowa płyta

Gdy zaczęła grać w „Klanie”, bała się reakcji fanów. Teraz wydała kolejną płytę i wie, że jeśli się chce, to można wszystko pogodzić. – Warto chwytać każdą chwilę – uważa Izabela Trojanowska.

Reklama

Właśnie ukazała się na rynku Pani nowa płyta, „Na Skos”. Jaka ona jest?

Rockowo-popowa, taka, jak ja. Energetyczna, miejscami z posmakiem punku. Trudno ją opisać, bo o muzyce się nie opowiada, tylko się jej słucha. Ci, którzy mieli okazję słyszeć singiel „Posłańcy wszystkich burz”, mówią, że jest czadowy.

Nagrała Pani tę płytę z Janem Borysewiczem, liderem Lady Pank.

Jesteśmy z Jankiem sąsiadami i któregoś razu spiknęliśmy się na ścieżce rowerowej. Stwierdziliśmy, że już czas zawodowo coś razem zrobić, bo w przeszłości pracowaliśmy ze sobą nie raz. Janek był gitarzystą w Budce Suflera, gdy nagrywałam swoją kultową już dzisiaj płytę „Iza”. Potem miał zespół, z którym nagrałam płytę „Układy”. Byłam też przy powstawaniu zespołu Lady Pank.

Jest Pani bardziej piosenkarką czy aktorką?

Piosenkarką! Moi rodzice kochali muzykę i ja śpiewałam od najmłodszych lat. Ale kiedy mama słuchała Sławy Przybylskiej, mnie bardziej pociągał hard rock, Czesław Niemen, Pink Floyd.

Ale jednak prawie 20 lat temu zaczęła się Pani przygoda z „Klanem”. Jak do tego doszło?

Najpierw wpadł do nas, do Berlina, Romuald Lipko, żeby zaprosić mnie na trasę koncertową Budki Suflera przez Kanadę, Amerykę i Australię. Moja córka, Roxanna miała 6 lat i wahałam się, czy wytrzymam bez niej choćby jeden dzień. Ostatecznie pojechałam i w ten sposób przypomniałam też o sobie w kraju. Dostałam wtedy m.in. propozycję wcielenia się w Monikę Ross.

Miała Pani tremę?

Pierwszego dnia ogromną! Głównie dlatego, że mówiono, iż okrutnie porzuciłam swoich fanów. Mąż bał się nawet, czy na kolejnym koncercie nie zostanę obrzucona pomidorami. Traf chciał, że ten występ odbył się w Lublinie, w Hali Gwardii, w dniu moich urodzin. Zamiast pomidorów dostałam owacje na stojąco, usłyszałam „Sto lat!” i przestałam się denerwować.

Pani bohaterka w „Klanie” przeżywa różne perypetie, a to z życiowym partnerem, a to z synem.

Cieszę się, że mój serialowy syn przestał w końcu „szaleć”! Ale jako Monika mam inny problem. Jestem zazdrosna o syna i każda dziewczyna, którą on przyprowadza, jest nie dość dobra. To chyba typowe dla matek synów i w prawdziwym życiu. (śmiech)

Z własną córką nie ma Pani takich problemów?

Nie, bo w przypadku córek chcemy tylko, żeby mężczyzna się nimi opiekował. A jak się nie opiekuje, też dobrze. To znaczy, że ona wszystkim steruje! A z daleka czuwają rodzice.

Rozmawiała Katarzyna Ziemnicka

Tele Tydzień

Zobacz również

  • Gdy po ukończeniu liceum opuszczał rodzinny dom w Krakowie, mama dała mu łańcuszek z krzyżykiem. To dla niego był ważny życiowy drogowskaz. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.