Reklama
  • Środa, 8 lutego (14:05)

    Izabella Miko. Każdego dnia się modlę

Jako nastolatka ruszyła na podbój świata. Ale nawet w Hollywood nigdy nie zapomniała o wartościach, które przekazały jej mama i babcia.

Swoje życie dzieli między Los Angeles i Warszawę. Wielką przygodą był dla niej udział w „Azja Express”. –Lubię wszystko planować, panować nad rzeczywistością, a tu każdy dzień zaskakiwał – mówi Izabella Miko (35).

Jaki obraz Pani widzi, myśląc o rodzinny domu?

Reklama

Naszą kuchnię i ławę. Siedzimy z rodzicami i moim starszym bratem Sebastianem, jemy grzanki z keczupem, śmiejemy się, wygłupiamy. Do dziś z mamą bardzo lubimy żartować, mamy takie samo poczucie humoru, zawsze dobrze razem się bawimy. Mama jest moją najlepszą przyjaciółką.

Ma Pani wiele jej cech?

Uczyła mnie, by dawać z siebie jak najwięcej innym, pomagać, być dobrym człowiekiem. Sama tego nauczyła się od swojego ojca, a mojego dziadka, który wszystkich ratował. Kiedy zaczęłam grać w filmach i uczestniczyć w premierach, w pewnym momencie poczułam, że to takie puste. Zrozumiałam, że trzeba robić coś więcej.

Dlatego w Los Angeles często pomaga Pani bezdomnym?

To mała rzecz, ale konkretna. Z grupą znajomych wstajemy wcześnie rano, zbieramy jedzenie z restauracji albo dostajemy od producentów i gotujemy dla bezdomnych. Propaguję też ekologiczny styl życia, walczę o prawa zwierząt, bardzo chętnie włączam się w różne akcje charytatywne.

Nie odczuwała Pani lęku, kiedy jako 14-latka wyjechała Pani sama do Nowego Jorku?

Dostałam wielką szansę – stypendium. Byłoby głupotą, gdybym nie spróbowała. Wiedziałam, że mam bilet powrotny. Zostawiając mnie w Nowym Jorku, mama powiedziała, że w każdej chwili mogę wrócić, że zawsze mam otwarte drzwi. Tak jest do dzisiaj. Zawsze mogę wrócić do domu. Ale nie było we mnie lęku. Od razu zostałam zaakceptowana, poczułam, że to jest miejsce, w którym chcę być.

Mama musiała mieć do Pani ogromne zaufanie?

Z bratem zostaliśmy tak wychowani, że nie ciągnęło nas na złą drogę, do używek. Nie przechodziłam okresu imprezowania, buntu nastolatki. Od dziecka pracowałam, występowałam w zespole Fasolki, chodziłam do szkoły muzycznej, potem baletowej. Wiedziałam, co to trening od rana do nocy, odpowiedzialność. Relacje z mężczyznami też nie stanowiły problemu, bo nie jestem kobietą wyzwoloną, raczej trochę staroświecką. Wierzę w prawdziwą miłość, a intymna bliskość wiąże się dla mnie z uczuciem.

A jakich mężczyzn dziś Pani ceni najbardziej?

Silnych, odpowiedzialnych, o dużej wrażliwości na świat, na cierpienia innych, szczodrych, z dużym poczuciem humoru. Mężczyzn, którzy mają głębokie duchowe życie, potrafią pracować nad szczęściem tak jak ja.

Życie na walizkach między Polską a USA nie męczy Pani?

To jest męczące fizycznie, ale nie psychicznie. Uwielbiam być w drodze, mieć dużo do roboty, czuć adrenalinę. Staram się jak najczęściej spotykać z rodziną. Mój brat ma już trójkę dzieci, jestem mamą chrzestną 13-letniej Zosi. Kocha konie, trenuje woltyżerkę i jest mistrzynią. Jest chyba trochę podobna do mnie. Rodzina odwiedza mnie też w Los Angeles. Mama ostatnio przyjeżdża niestety rzadziej, bo musi opiekować się  babcią, która ma prawie 90 lat.

To ta babcia, która w dzieciństwie uczyła Panią modlitw?

Tak. Jest w fantastycznej formie, bystra, inteligenta, wszystko wie. I czyta „Dobry Tydzień”! Babcia Marysia modli się za całą naszą rodzinę. Kiedy byłam mała, razem odmawiałyśmy litanię. Gdy nie mogę czegoś znaleźć, wysyłam z USA SMS do mamy: „Poproś babcię, żeby się za mnie pomodliła”. Babcia zwraca się o wstawiennictwo do świętego Antoniego i po godzinie znajduję to, czego szukałam. Wierzę, że Bóg jest miłością, to nie jest Bóg karcący, który krzywdzi. Codziennie poświęcam czas na swoje życie duchowe, modlę się, medytuję. Taka godzina wyciszenia to jest czas poświęcony dla Boga. Pozwala odsuwać negatywne uczucia i odnaleźć spokój.

Jest Pani ciocią, a czy myśli Pani o własnych dzieciach?

Nie mogę się tego doczekać! Jestem już przygotowana, by pokochać kogoś odpowiedniego, z kim chciałabym mieć dziecko. Ale Pan Bóg ma swój plan w stosunku do każdego człowieka, trzeba mu zaufać. Na wszystko przyjdzie czas. Ostatnio tata zapytał mnie, czy wolałabym szybko poznać kogoś, mieć dziecko i za 10 lat rozwieść się? Czy też poczekać jeszcze trochę i znaleźć taką osobę, z którą będę do końca życia? Ja wolę poczekać na tę miłość „na zawsze”.

Kiedyś powiedziała Pani, że małżeństwo jest dla Pani świętością.

W dzisiejszym świecie ludzie zbyt łatwo się rozwodzą. Gdy już powiem sakramentalne „Tak”, to marzę, by to było do końca życia. Kiedy starałam się o amerykańskie obywatelstwo, jeden z prawników mi doradził, by wyjść za mąż za Amerykanina. To takie proste. Powiedziałam krótko: „O nie! Wolę wrócić do Polski”.

Jestem szczęśliwa niezależnie od tego, co się dzieje w moim życiu – to Pani dewiza?

Szczęście to codzienna praca. Trzeba regularnego treningu psychiki, aby zastąpić negatywne myśli nowymi, pozytywnymi. Cieszę się drobiazgami, każdym dniem. Lepiej być biedną i szczęśliwą niż bogatą i nieszczęśliwą.

Rozmawiała: Ewa Modrzejewska

Dobry Tydzień

Zobacz również

  • Monika zalewska, reporterka „Wydarzeń”, jest ekspertką od spraw medycznych. Dlatego właśnie ją zapytaliśmy, czy w obliczu nowych pomysłów ministra zdrowia pacjenci mają powody do obaw. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.