Reklama
  • Czwartek, 28 lutego 2013 (13:56)

    Jacek Rozenek na nowej drodze życia

Jest aktorem, lektorem audiobooków, ale też odnoszącym sukcesy coachem. Czas dzieli między wychowywanie synów a pracę. I właśnie został prezenterem telewizji śniadaniowej.

Podbija serca publiczności rolą Artura w serialu „Barwy szczęścia”. W filmach i grach komputerowych użyczył głosu kilkudziesięciu postaciom (m.in. Bohunowi w „Ogniem i mieczem”), a w środowisku biznesowym jest szanowanym coachem.

Działa też charytatywnie na rzecz chorych dzieci. A niedawno debiutował jako gospodarz „Pytania na śniadanie”.

Reklama

: O której pan dziś wstał?

Jacek Rozenek: O czwartej trzydzieści.

O.: Współczuję.

J.R.: Niepotrzebnie. Lubię pracować od świtu. Zwykle o ósmej rano okazuje się, że zdążyłem już odpisać na e-maile, wysłać oferty, pobiegać, odbyć krótki trening i zjeść śniadanie. Jestem dobrze zorganizowany.

O.: Wygrał pan casting na prowadzącego „Pytanie na śniadanie”. Taki miał pan pomysł na kolejny etap kariery?

J.R.: Jeszcze niedawno koordynowałem pracę na planie serialu z grafikiem zajęć z coachingu, pisałem książkę o technikach prezentacji i nie miałem pojęcia, że moje życie tak się zmieni. Ale nie jestem zdziwiony. Nagły zwrot akcji to w moim życiu częsty scenariusz. Choć z drugiej strony nic nie dzieje się przypadkiem. Rozmawiałem w pociągu z obcym człowiekiem o sensie życia i… postanowiłem studiować filozofię. Widocznie potrzebowałem iskry.

O.: Ale został pan aktorem.

J.R.: Też przypadkiem. Poszedłem na egzamin wstępny z moją ówczesną dziewczyną, akompaniowałem na gitarze, gdy śpiewała. Jej podziękowano, a mnie poproszono, żebym podszedł do reszty egzaminów. Trenerem i coachem też zostałem „z zaskoczenia”, choć te zagadnienia interesowały mnie od dawna. Teraz pojawiła się telewizja śniadaniowa. Takie zwroty akcji przydarzają mi się w momentach życiowego przesilenia.

O.: Teraz też jest taki moment?

J.R.: Na pewno emocji mi nie brakuje, ale nowa praca ustawia moje życie do pionu. Prezenter telewizji śniadaniowej to u nas właściwie nowy zawód. Bardzo niewiele osób się w tym odnajduje, bo nie każdy aktor czy dziennikarz radzi sobie w programie na żywo. Nie można wszystkiego „zagrać”. Moim zdaniem 90 proc. sukcesu to osobowość prezentera.

O.: Musi błyszczeć?

J.R.: Wręcz przeciwnie! To na zaproszonych osobach powinna się skupiać uwaga widzów. Moim zadaniem jest tak kierować rozmową, żeby wydobyć z gości to, co mają najciekawszego do powiedzenia. Nie zamierzam się popisywać elokwencją.

O.: Z tego, co pan mówi, wynika, że prezenter jest przeciwieństwem aktora.

J.R.: Nie, o ile aktor nie jest celebrytą. A to różnica. W Akademii Teatralnej moi mistrzowie: Zbigniew Zapasiewicz, Gustaw Holoubek, Anna Seniuk, nie promowali gwiazdorstwa.

Aktor miał być medium, przez które widz odczytuje Szekspira albo Czechowa. Idealnie byłoby, gdybyśmy po wyjściu z teatru mijali aktora, który przed chwilą grał Hamleta, i nie rozpoznawali go.

To dzisiejsi celebryci uważają, że aby istnieć, muszą błyszczeć i mieć poglądy – najlepiej kontrowersyjne – na każdy temat.

O.: Często bywał pan w programach śniadaniowych jako gość. To pomaga odnaleźć się po drugiej stronie?

J.R.: Jako gość miałem zazwyczaj poczucie niedosytu. Brakowało czasu na przedstawienie głębszych myśli, a to, co mówiłem, wydawało mi się nieciekawe. Teraz umiem spojrzeć na to inaczej, skoncentrować się na widzach i rytmie: wprowadzenie, rozmowa, pointa. Dużo się nauczyłem.

O.: Przygotowuje się pan czy stawia na twórczą improwizację?

J.R.: Odkąd dowiedziałem się, że jestem brany pod uwagę jako prezenter, starałem się bywać na planie codziennie. Uważnie obserwowałem pracę moich kolegów, ale także wydawców, realizatorów.

Byłem w wozie transmisyjnym, wiem, na co zwracają uwagę pracownicy techniczni. Ale przede wszystkim zajmuję się gośćmi. Z każdym chcę choć przez kilka minut porozmawiać przed wejściem na antenę. Pierwszego dnia jedną z zaproszonych osób była pani anestezjolog, która strasznie się denerwowała.

Rozumiałem ją, w końcu dla nas obojga był to „pierwszy raz”. Jako coach wiem, co zrobić, by rozmówca poczuł się bardziej komfortowo. Wywiad przed kamerą wypadł nam już bardzo dobrze. Wychodziła ze studia uśmiechnięta.

O.: To dopiero początek. Wystarczy panu entuzjazmu za rok, dwa?

J.R.: Zawsze interesowało mnie to, co ludzie mają do powiedzenia. Lubię słuchać. Poza tym prowadzący ma wpływ na dobór tematów. Mogę więc zapraszać ludzi, którzy robią coś istotnego.

Nie mówiliśmy o tym, ale ważne miejsce w moim życiu zajmuje praca charytatywna. Angażuję się na przykład w czytanie książek dzieciom na oddziałach onkologicznych. Jeśli dzięki telewizji uda się rozpropagować takie akcje, to po prostu świat będzie lepszy.

Rozmawia: Sergiusz Pinkwart

Olivia

Zobacz również

  • Gdy po ukończeniu liceum opuszczał rodzinny dom w Krakowie, mama dała mu łańcuszek z krzyżykiem. To dla niego był ważny życiowy drogowskaz. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.