Reklama
  • Poniedziałek, 2 marca 2015 (15:05)

    Julia Pogrebińska. Historia jak z bajki

Historia jak z bajki. Dziewczynka z Kazachstanu odkrywa swoje polskie pochodzenie. Potem na wakacjach w Polsce zakochuje się i już wie, że musi zamieszkać w kraju, którego właściwie nie zna. Los się uśmiecha – dostaje stypendium, kończy szkołę teatralną, przychodzą role od dobrych reżyserów. Julia Pogrebińska mówi skromnie: „mam szczęście w życiu”.

Reklama

Twój Styl: Mówią o Tobie „dziewczyna z Kazachstanu”. Masz z tym kłopot?

Julia Pogrebińska: Przyjaciele nazywają mnie nawet „Kazach”, ale robią to z sympatią. Kiedy przyjechałam na studia do Krakowa, bałam się, że będę gorzej traktowana.

Polska nie miała łatwych relacji ze Związkiem Radzieckim, a przecież Kazachstan przez lata był jego częścią.

TS: Co masz napisane w dowodzie osobistym?

JP: Polka urodzona w Ałma Acie. Dziś mam polski paszport i dowód osobisty.

Jestem repatriantką, która wróciła do kraju przodków i dostała polskie dokumenty.

TS: Właściwie dlaczego przyjechałaś do Polski?

JP: Bo poczułam, że tu jest mój dom, że będę tu szczęśliwa. Moja mama urodziła się w Kazachstanie, ale ma polskie pochodzenie. Tata jest Ukraińcem.

Jego rodzina w latach 30., kiedy w Związku Radzieckim zaczęła się przymusowa kolektywizacja, została uznana za kułaków, pozbawiona majątku i wywieziona do Kazachstanu. Tata urodził się już w Kazachstanie.

TS: W jakim języku rozmawialiście w domu?

JP: Po rosyjsku. Urodziłam się w 1984 roku, więc jeszcze w ZSRR, gdzie obowiązywał jeden język – rosyjski.

W szkole był też kazachski, ale nie mówiłam w tym języku, potrafiłam w nim tylko śpiewać i recytować wiersze.

TS: Pamiętasz, kiedy postanowiłaś być Polką?

JP: Wiedziałam, że nią jestem z pochodzenia, ale nie przekładało się to na nic konkretnego. Kiedyś mama chrzestna zaprowadziła mnie do Związku Polaków.

Miałam wtedy 14 lat. Zaczęłam uczyć się polskiego, naszej historii, literatury. To zasługa mojej nauczycielki, Ewy Zielińskiej, która przyjechała do Ałma Aty z Polski. Opowiadała o polskich średniowiecznych rycerzach, o życiu w zamkach.

To ona pokazała mi pierwsze książki w języku polskim. Wzruszała mnie poezja. Wkrótce przeniosłam się do szkoły, w której była polska klasa. Związek Polaków organizował kolonie dla dzieci.

W ten sposób trafiłam do Elbląga. Dostałam paszport, a mama zapakowała mi solidny prowiant, bo miałam jechać pociągiem... sześć dni. Podczas tych wakacji się zakochałam.

TS: W Polaku?

JP: Oczywiście, choć z trudem się dogadywaliśmy – mój polski nie był wtedy... idealny. Pamiętam, jak z drżeniem serca otwierałam potem listy, które do mnie pisał.

Szły długo, czasem dwa miesiące. Siedziałam w nocy ze słownikiem i tłumaczyłam słowo po słowie. Dopiero kiedy zaczynało robić się jasno, znałam całą treść. Jeszcze gorzej szło mi pisanie. Z czasem korespondencja się urwała.

Spotkaliśmy się po latach, gdy na stałe przyjechałam do Polski, ale czar pierwszej miłości gdzieś się ulotnił. Rok po koloniach pojechałam do szkoły letniej w Krakowie.

I tym razem też się zakochałam. W tym mieście. Już wiedziałam, że będę tu studiować.

TS: Łatwo powiedzieć. Gdzie Kraków, a gdzie Ałma Ata (obecnie Ałmaty – przyp. red.)!

JP: Faktycznie, pomysł opuszczenia domu w wieku 17 lat i przejechanie czterech tysięcy kilometrów może wydawać się abstrakcyjny, ale czułam, że to jest moja droga.

Ciągnęło mnie do Polski. Tylko najpierw musiałam podejść do egzaminu, który odbywał się w Karagandzie. Zdawałam geografię, język polski i angielski. To były testy, wypracowania, a na koniec egzamin ustny. Każdego dnia kilka osób odpadało.

Mnie się udało. Dostałam się na zarządzanie kulturą, a potem przeniosłam się na kulturoznawstwo. Stypendium wystarczało na akademik, jedzenie i podstawowe rachunki. Pomagała mi mama, choć wiem, ile wyrzeczeń ją to kosztowało.

TS: A jak rodzice poradzili sobie z wyjazdem ukochanej jedynaczki?

JP: Moja przeprowadzka do Polski musiała być dla rodziny przeżyciem. Tak naprawdę, gdy opuszczałam dom, byłam dzieckiem. Do szkoły poszłam wcześniej, maturę zdawałam jako szesnastolatka.

Na szczęście mama ma silny charakter, zawsze mnie wspierała i starała się nie okazywać smutku. Pamiętam nasze pożegnanie na lotnisku. Szkliły mi się oczy, ale mama mówiła: „Nie płacz! Dasz radę!”. Widziałam, jak z trudem próbuje się uśmiechać.

TS: Znałaś kogoś w Krakowie?

JP: Nie, byłam zupełnie sama. Zakwaterowano mnie z innymi obcojęzycznymi studentami w kampusie, w Lasku Wolskim pod Krakowem.

Przeżyłam szok, bo nie tak wyobrażałam sobie Zachód.

Z ponadmilionowej Ałma Aty, która jest metropolią, wylądowałam w polskim lesie. Mieszkałam tam trzy lata i uczyłam się polskiego.

Kampus trochę mnie uwierał, więc co jakiś czas się wyrywałam, by pobyć w samym Krakowie. Ale wracałam.

TS: Trudno było oswajać Polskę?

JP: Szybko zyskałam znajomych – na kampus przyjechali młodzi ludzie z całego świata, i z nimi oswajałam Kraków. Fajne było to, że wyrwałam się z domu, poczułam wolność. Pamiętam, jak imprezowałam ze swoim towarzystwem przez dwa tygodnie, dzień w dzień wychodziliśmy do klubów.

Kiedyś dołączył do nas Polak. Przyniósł sofię, studenckie wino. Przystawił butelkę do ust, wypił duszkiem jedną czwartą i powiedział: „Tak piją Polacy”. To było zabawne. Wzięłam więc od niego butelkę i nie odrywając jej od ust, wypiłam do dna, mówiąc: „A tak piją Kazachowie”. Na szczęście szybko zamknęłam imprezowy etap mojego życia i zamieniłam knajpy na kino i teatr.

Już na pierwszym roku mieliśmy wykłady z kina polskiego, oglądaliśmy najważniejsze filmy. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na mnie Przesłuchanie z Krystyną Jandą.

TS: A da się nauczyć myśleć w obcym języku?

JP: To akurat stało się szybko. Zauważyłam coś zaskakującego. Kiedy zaczynasz mówić w innym języku, to jakbyś zaczęła żyć nowym życiem.

Inaczej gestykulujesz, zawieszasz głos, zmieniasz jego melodię.

TS: Co Cię w Polsce najbardziej zaskoczyło?

JP: W Kazachstanie obowiązuje patriarchat. Kobiety Wschodu są bezgranicznie oddane mężczyźnie.

Moja mama wciąż mi powtarzała, że powinnam być łagodna i oddana. To facet ma być silny i władczy. I ten kontrast między dominującym Kazachem a Polakiem, który słucha swojej kobiety, chodzi z nią za rękę, był dla mnie zaskoczeniem. Drażniło mnie, że Polacy są inni.

„Jacyś niemęscy”, myślałam. Pamiętam taką scenę: stałam przy teatrze Bagatela, zobaczyłam dziewczynę, która biegła, żeby złapać tramwaj. Ciągnęła za rękę chłopaka. Dla mnie było to tak dziwne, że stałam w osłupieniu.

Bo w Kazachstanie mogłoby być jedynie odwrotnie. I pomyśleć, że dziś nie wyobrażam sobie, że jestem w innej relacji niż partnerskiej...

TS: Co w Polakach, podoba Ci się najbardziej?

JP: To, że jesteście wrażliwi na innych. Ten szacunek jest widoczny nawet na poziomie konstruowania zdań. Uprzejmość jest mocno wpisana w język polski.

Popatrz, jak ładna jest forma: „Jak się pani czuje?”, a nie: „Jak się czujesz?”. Albo: „Czy mógłbym panu jakoś pomóc?” lub „Czego by się pani napiła?”. Fascynuje mnie ten sposób stawiania pytania. Polacy są też otwarci.

Pewnie w to nie wierzysz i masz inne zdanie, ale ja patrzę z dystansu. Kazachowie czy Rosjanie są mniej uważni. A Polaków rzeczywiście interesuje drugi człowiek. Natomiast nie lubię w was narzekania.

I tego, że ludzie potrafią się nawet w nim jednoczyć. I zauważyłam, że malkontenctwo już i mnie się udziela.

TS: Przybysze zachwycają się Krakowem. A Ty?

JP: Dużym przeżyciem był Kazimierz. Dla Polaków, którzy mieszkają tu od zawsze, wszystko, co wiąże się z tym miejscem, jego historią, jest codziennością.

Ale gdy przyjeżdżasz z daleka i znasz ten świat tylko z Listy Schindlera, przeżywasz to spotkanie inaczej.

TS: Kiedy poczułaś, że jesteś stąd?

JP: Gdy znalazłam przyjaciółkę, jakiej nigdy nie miałam. To był moment, w którym poczułam, że nie jestem tu sama.

W moim życiu to ludzie decydują o tym, gdzie czuję się jak w domu. Dziś mam kilkoro prawdziwych przyjaciół, którzy tu zastępują mi rodzinę.

TS: Chwytasz polskie dowcipy?

JP: Do dziś z niektórymi mam problem. Nawet kilka dni temu miałam zabawną sytuację – zamiast „zmiataj stąd” powiedziałam: „zamiataj”. W szkole wciąż dostarczałam powodów do śmiechu.

Kiedyś na filozofii wykładowca opowiadał mit o Prometeuszu. Czegoś nie zrozumiałam z jego opowieści, więc zapytałam: „I ten ptak, który mu dziobał pieczeń...”.

Nie dokończyłam pytania, bo cała sala wybuchnęła śmiechem. A „pieczeń” to po rosyjsku „wątroba”. Nie wiedziałam, że po polsku to pieczone mięso.

TS: Studiowałaś na kilku kierunkach, zanim trafiłaś na aktorstwo. Brak pomysłu na siebie?

JP: Rzeczywiście, nie marzyłam o tym, by zostać aktorką. Moją pasją był taniec. Mama żartowała nawet, że zaczęłam tańczyć wcześ niej, niż nauczyłam się chodzić.

W Kazachstanie byłam na kilku lekcjach baletu, ale on mnie nie pociągał. Rosyjska szkoła baletu bardziej kojarzyła mi się z bólem i wyrzeczeniami niż z przyjemnością. A tańca współczesnego nie było. Dopiero tutaj, w Polsce, mogłam spełnić marzenia.

TS: A jednak poszłaś do szkoły teatralnej?

JP: Nigdy nie rzuciłam tańca. Po prostu w którymś momencie odkryłam aktorstwo i ono mnie pochłonęło. Moja koleżanka, Joasia Grabowiecka, która studiowała teatrologię, robiła spektakl Ja, Salome.

Najpierw miałam w nim tylko tańczyć, ale Joasia zaproponowała, żebym zagrała Salome. Wkrótce zapisałam się też do Lartu – to znane w Krakowie studio aktorskie. Trzy lata później postanowiłam zdawać na PWST.

TS: Ciekawe, co na to mama?

JP: Nie była zachwycona. Sama jest pianistką, skończyła konserwatorium i po prostu wie, jak niepewne jest życie artysty. Dawała lekcje muzyki, ale musiała dorabiać, szyjąc. Dlatego chciała, żebym ja zdobyła poważny zawód. „Juleczko, wszystko, tylko nie aktorstwo”, powiedziała, gdy oznajmiłam, że marzy mi się szkoła teatralna.

A ja i tak poszłam na egzamin, choć wcale nie byłam pewna, że zdam. Mój polski był słaby, no i z krótkimi włosami wyglądałam jak biedne kazachskie dziecko.

Recytowałam Leśmiana: „Kocham cię jak powietrze. Jak dziurę w starym swetrze. Jak drzewo na polanie... Po prostu kocham cię... kochanie...”. Prosty wiersz o uczuciach. Pani Teresa Pawłowicz, jedna z egzaminujących, powiedziała mi, że ujęłam komisję prostotą. I pewnie dlatego nie przeszkadzał im mój akcent.

Miałam szczęście, bo trafiłam do klasy Krzysztofa Globisza, który prowadził przedmiot „sceny współczesne”. Wciąż powtarzał, żeby nie bać się pytać.

„Niech aktor pyta: dlaczego ma coś zrobić? Dlaczego to mówi? Bo aktor musi wiedzieć”, tłumaczył. Kiedyś opowiedziałam mu o mojej fascynacji dramatem Jekateriny Nar- szi z książki Lepsi! To historia mężczyzny, który jedzie samochodem i o mały włos nie zabija prostytutki. Wychodzi z auta. Pyta dziewczynę: „Jak masz na imię?”.

„Szczęście”, odpowiada. „Fajne imię, siadaj”, mówi i zaprasza do samochodu. Dziewczyna wsiada i okazuje się, że jest prawdziwym szczęściem.

TS: Globiszowi spodobała się ta opowieść?

JP: Przeczytał i powiedział: „Robimy to”. Poczułam, że mamy tę samą wrażliwość. Byłam dumna, że mój świat jest mu bliski, podoba mu się.

TS: Zaczęłaś grać, gdy byłaś na trzecim roku. Po kilku obrazach dostałaś rolę w filmie W ukryciu Jana Kidawy Błońskiego. Co pomyślałaś?

JP: Że jak ten mężczyzna na drodze mam szczęście w życiu. Powiedzmy szczerze, jesteś na trzecim roku i dostajesz propozycję zagrania jednej z dwóch głównych ról!

TS: Nie myślałaś: Żydówka, miłość lesbijska – czy to na pewno dobry początek kariery?

JP: Rola mi się spodobała, nie kalkulowałam. Od tego jest mój zawód, by doświadczać i szukać w sobie nowych pokładów emocji. Bo w człowieku jest wszystko, trzeba tylko to znaleźć.

TS: Trudno było grać sceny intymne z kobietą?

JP: O wiele trudniejsze były dla mnie sceny emocjonalne, na przykład kiedy Ester usiłuje popełnić samobójstwo.

Byłam zabezpieczona przez kaskaderów, a i tak czułam strach. Okazało się, że założenie pętli na szyję nie jest takie proste. Ciało odczytuje to jako realne zagrożenie.

TS: Rozmawiałam z Arturem Kowalewskim, producentem serialu Wataha, w którym grałaś niedawno.

Powiedział, że Twoja postać w serialu miała ograniczyć się do trzech scen. Ale usłyszał, jak śpiewasz, i zmienił zdanie.

JP: Siedzieliśmy wieczorem z aktorami i nagle zaczęłam śpiewać. Nie chciałam się popisywać. To był taki moment – Bieszczady, las... Następnego dnia mieliśmy kręcić scenę w leśniczówce. Podszedł Artur i powiedział: „zaśpiewaj coś”.

Wybrałam rosyjską pieśń. Artur kiwnął głową. Po chwili zjawił się reżyser: „zaśpiewaj”. „Zamknij oczy, bo trochę się wstydzę”, poprosiłam. Zamknął, zaśpiewałam, również z zamkniętymi oczyma. Kiedy je otworzyłam, zobaczyłam, że siedzi przede mną nie tylko reżyser, ale też producent.

„Fajnie”, powiedział. I wspólnie uznali, że śpiew Ewy, mojej bohaterki, świetnie odda bliskość relacji pomiędzy grupą przyjaciół, jaką była wataha.

TS: A Ty jak myślisz, jesteś jeszcze z Ałma Aty czy już z Warszawy?

JP: Od 13 lat jestem w Polsce. Z Ałma Aty pozostały mi sentymentalne wspomnienia. Zresztą pracę dyplomową na kulturoznawstwie – przed szkołą aktorską skończyłam ten kierunek – pisałam o tradycji pochówków w Kazachstanie. To był mój hołd dla tamtej kultury.

W Kazachstanie mieszały się wpływy różnych kultur i religii. Rytuały, jakie towarzyszyły śmierci, były fascynujące, choć może czasem niesprawiedliwe.

Kiedy umierała kobieta, nie było po niej żałoby. A gdy odchodził mężczyzna, żona musiała go pożegnać. W domu zbierało się wszystkie jego rzeczy, zbroję, amunicję, łuk...

Bo w domu zostawał tuł, czyli duch tego mężczyzny. Kobieta codziennie przygotowywała jakąś potrawę, otwierała drzwi w jurcie i pozwalała duchowi wejść i zjeść. Wierzono, że duch mężczyzny jest w domu przez rok. Dopiero po tym czasie wdowa „odprowadzała” zmarłego na tamten świat. Do dziś te rytuały są żywe.

TS: Tęsknisz za rodzinnymi stronami?

JP: Szczególnie za rodziną.

TS: Często się widujecie?

JP: Mama była w Polsce kilka razy. Kiedy przyjechała ostatnio, pokazałam jej moje ulubione miejsca w Warszawie, pojechałyśmy też w Bory Tucholskie. No i obejrzałyśmy razem seriale, w których grałam. Spędziliśmy razem święta. Mama przygotowała kazachską potrawę czebureki, pieczone pierogi popularne w naszych stronach.

Pamiętam, jak przy kuchence stała kolejka chętnych z talerzami, a mama cichutko się śmiała, kiedy nakładała pierogi na talerze. I to są momenty, kiedy myślę z nostalgią o miejscu, skąd pochodzę. Tęsknię za smakiem mleka i kawioru.

Urodziłam się jako wcześniak, ważyłam półtora kilograma. Nie wiadomo było, czy przeżyję, mama trzęsła się nade mną. Żartuje, że wyrosłam na mleku i na kawiorze, bo tata – pilot – przywoził znad Morza Czarnego kawior, który uwielbiałam. A kiedy trochę podrosłam, mama karmiła mnie mlekiem prosto od krowy.

Chodziłyśmy po nie co wieczór do sąsiadki. Pamiętam, jak ta kobieta brała moją rękę, maczała w ciepłym mleku i wkładała cielaczkowi do pyska, a on oblizywał mnie szorstkim delikatnym językiem. Z późniejszych czasów przypominam sobie smak kumysu, który robi się ze sfermentowanego mleka kobyły.

Kazachowie piją go zamiast wina. Kiedy po kilku latach w Polsce przyjechałam do Ałma Aty z moim ówczesnym chłopakiem, dałam mu kumys do spróbowania. Smakowało, ale potem leżał w gorączce, bo miał żołądkową rewolucję.

Chciałam pokazać mu mój Kazachstan. Wybraliśmy się do Kanionu Szaryńskiego, który jest na liście cudów świata Unesco. Stamtąd pojechaliśmy przez step do Drewnianego Jeziora. Na horyzoncie były czarne, wulkaniczne góry, stepowa ziemia parowała przy czterdziestostopniowym upale, więc powietrze wibrowało, a góry jakby falowały... Taki jest właśnie Kazachstan. Niedostępny i magiczny.

TS: Co jest w Tobie najbardziej kazachskiego?

JP: Jestem spontaniczna, potrzebne mi są emocje. Nie umiem żyć letnio, potrzebuję wyższych temperatur.

W Polsce brakuje mi słońca. W Ałma Acie nawet zimy są słoneczne, choć czasem mróz sięga minus pięćdziesięciu stopni.

Tu od listopada jest szaro. Już jesienią dopada mnie nostalgia, która trwa do wiosny.

TS: Ale zostajesz w Polsce na zawsze?

JP: Chciałabym. Czuję, że tu jest mój dom.

Rozmawiała Beata Biały

Więcej na temat:Julia | julia | historia | bajki | Nie

Zobacz również

  • Przez wiele lat jako terapeutka słuchała uważnie ludzi. Czy to doświadczenie inspiruje Panią Karolinę do pisania? Mówi, że tak. Podobno najlepsze scenariusze pisze samo życie. więcej

Wasze komentarze: 2,

przeczytane przez: 2775 osób Dodaj komentarz
basia

~basia -

julia to sztuczna baba rzesy sztucznei te jej wstretne wlosy wogole to brzydka