Reklama
  • Poniedziałek, 13 marca (13:05)

    Krystyna Sienkiewicz: Pomaga mi św. Antoni

Jako dziecko straciła rodziców. Nie miała szczęścia w miłości, zawiodła ją córka, ma problemy ze zdrowiem. Ale mimo to z jej twarzy nie znika uśmiech.

Przy swoim domu na warszawskim Żoliborzu postawiła kapliczkę św. Franciszka, opiekuna zwierząt. To nie jedyny święty, z którym ma dobre relacje. Mimo naznaczonego cierpieniem życia Krystyna Sienkiewicz (81) uważa, że dużo dostała.

Reklama

Wojna zabrała Pani dom, dzieciństwo, rodziców. Tato zginął w obozie, mama zmarła w szpitalu. Wiele jak na małe dziecko...

Za dużo. Jeremi Przybora mówił mi: „Ty nie miałaś dzieciństwa, ty miałaś bachorstwo”. Nawet chciałam popełnić samobójstwo, gdy miałam osiem lat.

Jak Pani chciała to zrobić?

Myślałam, że jak zmarznę na kość, to przeziębię się i umrę. Zdjęłam majtki i położyłam się na wilgotnej, zimnej ziemi. Byłam wtedy pod opieką Stefanii Tarkowskiej, koleżanki mamy. Przyjechała do nas siostra stryjeczna ojca i powiedziała, że zabierze mnie do siebie na Mazury, ale brata Rysia już nie mogła wziąć, poszedł do domu dziecka. Bardzo go kochałam. Rozdzielono nas i dlatego chciałam się zabić.

I co się stało?

Przyleciał bielinek kapustnik i usiadł mi na ręce. Pomyślałam, że to jest duch mamy, która mówi do mnie: „Nie rób tego”. Mama mnie strzegła i nadal strzeże.

Miała Pani być malarką. Dlaczego została aktorką?

Dostałam po mamie wielki posag, wiele talentów. Trochę śpiewam, maluję, kiedyś haftowałam, ale oczy mam marne i już nie mogę. Chciałam być aktorką, bo byłam bardzo nieśmiała. Wydawało mi się, że jak zostanę aktorką, to będę kimś innym, wesołym.

Uważano Panią za najpiękniejszą dziewczynę w stolicy...

Miałam powodzenie, mężczyźni podstawiali mi nogę, żebym wpadła w ich ramiona.

Którego najmocniej Pani kochała?

Wojtka Solarza, kolegę z STS-u, został reżyserem. Powinnam z nim być. Mówił o wspólnym życiu, ale ja chciałam jeszcze trochę pożyć. Tak, to jest facet, którego najbardziej kochałam. Ożenił się.

Pani dwa małżeństwa zakończyły się rozwodem.

Pierwszy mąż, Włodzimierz Rylski, wyjechał do Niemiec robić karierę, a ja do Niemiec nie chciałam emigrować. Andrzej Przyłubski, drugi mąż, trochę mnie finansowo oskubał.

Jednak przyjęła go Pani do domu, gdy umierał na raka, choć wyprowadził pół Pani majątku dla swojego dziecka i innych kobiet?

Kiedy Andrzej u mnie leżał, przyszedł facet i mówi, że mój były mąż jest mu dłużny pieniądze. To wyjęłam portfel i dałam mu forsę, choć może nie powinnam, bo wcześniej Andrzej wybrał wszystkie moje dolary.

Dlaczego pomogłam? Jeżeli kocham psy, koty i inne stworzenia, to dlaczego jemu miałam nie pomóc? Pomagam, bo inni mi też pomagali.

Andrzej na łożu śmierci Panią przeprosił, podziękował?

Nic nie powiedział.

To właśnie z nim adoptowaliście córkę?

Matka ją porzuciła. Julka urodziła się chora, nikt jej nie chciał. Wzięłam ją ze szpitala, kiedy miała 3, 5 roku. Nauka z trudem jej przychodziła. Wiele w nią włożyłam miłości, energii, kupiłam mieszkanie. Miała wsparcie.  Skończyła kurs modelek, fryzjerski, manicure, pedicure, wszystko, co chciała, ale nigdzie długo miejsca nie zagrzała.

Media donosiły o Waszych złych relacjach...

Chciała mnie zabić. Przychodziła pod dom, wykrzykiwała. Nie chcę o tym opowiadać. Czasem żałuję, że ją adoptowałam.

Miała Pani kłopoty ze zdrowiem. Dwa lata temu udar mózgu, po którym wystąpiły problemy z mową, rok temu rak oka. Jak jest teraz?

Słowa wróciły, mówię. Rak zdechł. Tylko oczy. Słabo widzę, a dla malarki to źle. Dla aktorki też. W Nowym Jorku na scenie zamiast chusteczki machałam kiedyś do widzów majtkami. Bo ktoś mi chusteczkę, którą sobie przygotowałam, zabrał, a obok leżały majtki. Ale to nic, wszyscy się śmiali i ja też. Było bardzo wesoło.

Czy Pani udaje, czy naprawdę jest Pani ciągle taka zadowolona i uśmiechnięta?

Ja nie udaję, muszę ludziom pomóc swoim chichotem, a oni pomagają mnie. A poza tym śmiech to zdrowie, choćbyś spadł na samo dno.

Miała Pani żal do losu, że tyle złego Panią spotkało?

Do losu? Nie. Mogę mieć żal do siebie, że byłam naiwna, więc głupia. Gdybym miała płakać nad sobą, to zaraz przychodzą mi na myśl wszystkie potwornie skrzywdzone dzieci. Ja przecież wiele dostałam. Miałam ciekawe życie.

Z czego jest Pani najbardziej zadowolona, dumna?

Dumna to nie. Zadowolona. Że żyłam porządnie, nie robiąc nikomu krzywdy, że nic nie mam do ukrycia. Niedawno wyszła o mnie książka i nie miałam niczego takiego w życiu, żebym choć raz powiedziała do autora: „O tym proszę nie pisać”.

Kto Pani teraz pomaga?

Sama sobie pomagam. Święty Antoni mi pomaga, bo znajduje pieniądze. Kładzie je na stół i mam za co żyć. Ci, co dają mi role i wydają mi książki, pomagają. A przede wszystkim moja mama, bo dała mi tyle talentów, że mogę z nich nadal żyć.

Rozmawiała: Iwona Spee

Dobry Tydzień

Zobacz również

  • Zaangażowała się w kampanię społeczną Ogólnopolskiej Organizacji Kwiat Kobiecości, by ratować kobiety przed rakiem szyjki macicy. Tegoroczna akcja przebiega pod hasłem: „Wpadnij na... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.