Reklama
  • Poniedziałek, 4 stycznia 2016 (15:00)

    Magdalena Żernicka-Goetz. Lady Charakterek

Pierwsza Polka, która została profesorem na Uniwersytecie Cambridge, wymyka się naukowym standardom. Magdalena Żernicka-Goetz słucha intuicji, wierzy w przypadki, a w gabinecie trzyma afrykańskie rzeźby. Jej najnowsze odkrycia zatrzęsły światem biologii rozwojowej. Nie byłoby ich, gdyby nie zaszła w ciążę.

Reklama

PANI: Jest Pani jedną z dwóch Polek w historii, które otrzymały tytuł profesora Cambridge. Naukowcy w Wielkiej Brytanii dobrze Panią znają. Ale ciekawi mnie, jak radzą sobie z Pani polskim nazwiskiem.

Prof. Magdalena Żernicka-Goetz: (śmiech) Moje nazwisko rzeczywiście ma już tyle różnych odmian, że jeśli czasami ktoś przed wykładem czy w telewizji przedstawi mnie poprawnie, to jestem zaskoczona. Teraz w Cambridge mamy wspaniałego rektora polskiego pochodzenia, prof. sir Leszka Borysiewicza, więc są dwa typowo polskie nazwiska.

Gdyby sięgnąć do początków Pani kariery naukowej w Wielkiej Brytanii, to czy kiedykolwiek była Pani dyskryminowana jako kobieta-naukowiec zza żelaznej kurtyny?

Przyznaję, naukowe środowisko uniwersytetów Oksford i Cambridge, na których pracowałam, jest pełne mężczyzn. Oczywiście to się zmienia, kobiecy mózg jest przecież fantastyczny: plastyczny, kreatywny.

Przyjechałam do Anglii 20 lat temu, kiedy jeszcze nie było w niej tak wielu Polaków jak teraz. Nie czułam ostracyzmu ze względu na pochodzenie. A jeśli czasami się pojawił, to mnie śmieszył. Uważam za zabawne to, gdy na początku ktoś nas nie docenia (śmiech).

A to nie jest podcinanie skrzydeł?

Niekoniecznie. Kiedy człowiek startuje z niskiej pozycji, sukces jest jeszcze bardziej spektakularny. Nie mówię, że tak było w moim przypadku, ale wydaje mi się, że mnie nie przeszkodził brak brytyjskiego akcentu. Wyróżniałam się tak. Nigdy nie starałam się go wyeliminować, zostałam też przy swoim „trudnym” polskim nazwisku. Pokonywanie małych trudności kształtuje mnie i pozwala odkrywać siebie.

Czego się Pani dowiedziała o sobie na emigracji?

Wyjechałam do Anglii w 1990 r. na stypendium w Oksfordzie. Fundacja Sorosa wysłała tam małą grupę polskich doktorantów, w tym mnie. Na emigracji zrozumiałam, że rzuciłam się na głęboką wodę i że jestem w stanie pokonać więcej przeciwności losu, niż bym się wcześniej tego spodziewała.

Wyjechałam z Warszawy, w której moje życie było już ukształtowane. Miałam to, co ważne: kochających rodziców i męża, dom, który wybudowaliśmy, etat na Uniwersytecie Warszawskim, zaufanych przyjaciół i znalezionego na śmietniku kota. Byłam pewna, że wyjeżdżam tylko na rok…

W Oksfordzie zaprzyjaźniła się Pani z prof. Leszkiem Kołakowskim.

To prawda, razem z polskimi stypendystami trzymaliśmy się blisko, a opiekę nad nami roztoczył prof. Leszek Kołakowski, który czuł się odpowiedzialny za pierwszą naukową grupę z ojczyzny. Potem Leszek i ja przez wiele lat do siebie pisaliśmy. Zbliżyła nas miłość do filozofii i psychologii.

On był moim pierwszym naukowym odkryciem w Oksfordzie (śmiech). W pewnym sensie zastąpił mi ojca, który był niezwykle mądrym, wesołym i szlachetnym człowiekiem, kiedy byłam dzieckiem nazywał mnie charakterkiem. Pasjonowałam się mózgiem, pragnęłam zrozumieć, skąd biorą się nasze pomysły, uczucia. Ale ojciec był już wybitnym neurobiologiem, a ja nie chciałam być z nim ciągle porównywana. Nigdy nie sądziłam, że wyjadę z Polski…

Zresztą pewnego razu usłyszałam wykład prof. Andrzeja Tarkowskiego na temat manipulowania zarodkami myszy i przepadłam. Zakochałam się w biologii rozwojowej. Wracając do Leszka – nasza przyjaźń przetrwała wiele lat. Dzięki niemu odważyłam się zostać w Anglii. Nie wierzyłam w siebie tak bardzo, jak on uwierzył we mnie.

Ja w Oksfordzie? Pisałam do mamy w listach, że mam wrażenie, iż uczestniczę w filmie ze sobą w roli głównej, ale że ten film niedługo się skończy. Po powrocie do Polski nieoczekiwanie otrzymałam dwuletnie międzynarodowe stypendium na Uniwersytecie Cambridge – miałam pracować w grupie prof. sir Martina Evansa, który potem dostał Nagrodę Nobla za odkrycie komórek macierzystych.

Nie wiedziałam, co robić, bo przecież miałam męża i rodzinę, ale Leszek powiedział, że takiej oferty się nie odrzuca. Miał rację. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, że praca naukowa tak mnie pochłonie. Od Leszka dostałam ptaka ze szkła, który miał się mną opiekować. Do dziś „mieszka” na moim biurku…

Czy pamięta Pani moment, kiedy pomyślała: zostaję tu?

Tak naprawdę nigdy nie podjęłam tej decyzji (uśmiech). Przez wiele lat byłam jedną nogą w Polsce – prof. Tarkowski trzymał dla mnie miejsce na UW. Gdy w 1997 r. dwuletnie stypendium się kończyło, zaczęłam się pakować.

Ale prof. sir John Gurdon, dyrektor instytutu, w którym pracowałam, i późniejszy noblista, wyperswadował mi ten pomysł. Przekonał mnie, żebym wystąpiła o stypendium, które pozwoli mi utworzyć własny program badawczy i zespół naukowy. Prestiżowa organizacja brytyjska przyznawała je zaledwie pięciu naukowcom, a starały się o nie setki, więc byłam pewna, że nie mam szans. Napisałam jednak program badawczy.

Konkurowałam z profesorami Brytyjczykami – ja wtedy nie miałam tego tytułu, byłam tylko młodym naukowcem z Polski. Po pierwszym etapie, na podstawie dorobku naukowego i dalszych planów, znalazłam się na liście rezerwowej. W dniu, w którym komisja przeprowadzała finałowe rozmowy z kandydatami, okazało się, że jednej osoby brakuje.

Pamiętam, że odsypiałam przeprowadzone nocą doświadczenie, gdy obudził mnie telefon, żebym natychmiast przyjechała do Londynu. Po przesłuchaniu wszystkich kandydatów wskoczyłam nagle na wysoką pozycję i dostałam stypendium. Było ogromne, dzięki niemu mogłam skupić się na pracy naukowej i… kupiłam swój pierwszy mikroskop.

W tym samym roku otrzymałam jeszcze dwa inne stypendia – jedno od Sidney Sussex College, który stał się moją tymczasową rodziną. Tam zamieszkałam. A z funduszy trzeciego stypendium zatrudniłam asystenta.

Te trzy sukcesy pozwoliły mi uwierzyć w siebie i zostałam w Cambridge. Jednak dla moich bliskich w Polsce, zwłaszcza dla męża i jego rodziny, był to cios. Tęskniłam, oni też.

Pani drugi mąż jest profesorem genetyki i przeniósł się dla Pani do Cambridge ze Szkocji. Jak godzi Pani pracę z rolą żony i matki?

Rzeczywiście, naukowcy nie mają prostego życia rodzinnego i moje też takie nie jest. Zawsze bez reszty oddaję się temu, co akurat robię – podobno inaczej nie umiem. Jeśli jestem w domu, to na sto procent. Mój mąż też wiele czasu spędza w pracy, zajmuje się badaniem nowotworów, ale przyznaję, że to on częściej wraca do domu pierwszy. Dzwoni do mnie, że z córką, 13-letnią Natashą, i synem, 8-letnim Szymkiem, czekają z kolacją.

Dopytują, czy mają dalej czekać, czy zostaję w pracy. Wybiegam z uniwersytetu, wyłączam się, jestem tylko dla nich. Jeśli przebywam w Cambridge, siadamy do kolacji o 19 i rozmawiamy o tym, co się tego dnia wydarzyło. Wymieniamy się obowiązkami: raz on odwozi dzieci do szkoły, raz ja. Kiedy latem przyjeżdża moja wspaniała mama, wreszcie czuję, że żyję. Wtedy nawet mam czas na przyjaźń.

Miesiąc po urodzeniu Natashy byłam z powrotem w pracy, zabierałam ją do gabinetu albo podróżowałyśmy z wykładami po świecie. Chodziłam niewyspana, bo córeczka często się budziła. Ale najgorsze było to, że wtedy zmarł mój ojciec. Zdążył tylko raz zobaczyć wnuczkę – pamiętam, jak spojrzał w jej oczy i powiedział: „charakterek”.

Napisała mi Pani w mejlu: „Moje życie prywatne splata się z zawodowym, trudno je rozłączyć”. Czy miała Pani na myśli fakt, że gdyby nie zaszła w drugą ciążę, to nie byłoby jednego z najważniejszych Pani odkryć?

Częściej kieruję się intuicją w podejmowaniu tematów badawczych niż tym, co modne, ale tym razem był to przypadek. Nie planowałam drugiej ciąży. Byłam już po czterdziestce, zrobiłam badania prenatalne, w których pobiera się komórki z łożyska powstającego z tej samej komórki jajowej co dziecko.

Wynik badania był zły, okazało się, że olbrzymia liczba pobranych komórek miała dodatkowy chromosom. To mnie bardzo zabolało, ale pokochałam to dziecko tak bardzo, że zawierzyłam intuicji. Jak się uprę… Zaczęłam spotykać się z lekarzami, żeby dowiedzieć się, jakie mam szanse na urodzenie zdrowego dziecka. Starałam się zrozumieć, jak to się mogło stać. Rozmyślałam o tym, że to w łożysku istnieje aberracja chromosomowa.

Ale co z dzieckiem? Okazało się, że nie ma dobrych badań na ten temat. Kiedy urodziłam zdrowego synka, byłam szczęśliwa i postanowiłam sama stworzyć taki model badawczy. Oczywiście nie prowadziłam doświadczeń na zarodkach ludzkich, to byłoby nieetyczne, tylko na mysich, które bardzo podobnie się rozwijają. Razem z moim zespołem stworzyliśmy tzw. chimery, oznakowaliśmy „nienormalne” komórki, zlepiliśmy z „normalnymi” i okazało się, że „normalne” zwalczają w życiu płodowym chore! Na dodatek odbywa się to w ciele płodu, a nie w części łożyskowej!

Odkrycie zajęło nam osiem lat, wyniki badań są obecnie recenzowane w prestiżowym piśmie „Nature”. To pokazuje, jak długi jest proces naukowy – od pomysłu przez uzyskanie funduszy, jego realizację aż po efekty. Nasze odkrycie jest ważne, bo pokazuje, że badania komórek łożyska nie muszą oznaczać, że dziecko będzie chore.

Czy tak zwane kobiece cechy osobowości pomagają w pracy naukowej?

Wydaje mi się, że moja wrażliwość i emocjonalność pomagają, a nie tylko przeszkadzają. Choć poglądy większości osób są zgoła odmienne: należy odrzucić emocje. W dodatku ja biorę pod uwagę intuicję!

Wielu kolegów profesorów uważa, że nie powinnam być emocjonalna. Ale ja kocham to, co robię, i związuję się z ludźmi, z którymi pracuję, a to przecież stosunek emocjonalny (śmiech). Moim zdaniem w pracy naukowej jest coś dziecięcego. Dzieci lubią odkrywać nieznane, cieszą się tym – a przecież tak właśnie robią naukowcy. Ja mam wrodzoną ciekawość świata oraz ludzi i staram się ją zaszczepić tym, którzy ze mną pracują, a także Natashy i Szymkowi.

Mój zespół liczy obecnie 17 osób, uwielbiam tę grupę. Lubię wyprawiać młodych naukowców w świat – trochę jak swoje dzieci – aby zakładali własne zespoły, np. w Paryżu, Warszawie, Niemczech, Stanach Zjednoczonych. Ale też bardzo lubię, jak ze mną zostają.

Ostatnio pewien brytyjski dziennikarz zachwycał się Pani gabinetem pełnym dzieł sztuki, z bardzo długim biurkiem, amarantową sofą. To chyba nieczęsty widok na wydziale naukowym w Cambridge?

To prawda, mój gabinet ma nie tylko naukowy charakter. Dla mnie to ważne, aby otaczać się przedmiotami, które mnie pociągają, inspirują. Na ścianach wiszą obrazy Hani Sidorowicz, mojej przyjaciółki z czasów studenckich w Paryżu. Trzymam też fotografie swoich dzieci, które są prawie jak dzieła sztuki (śmiech), oraz zdjęcia zarodków, nad którymi pracuję. To już zdecydowanie dzieła sztuki!

Afrykańska rzeźba – bogini płodności Aszanti – jest prezentem od mojego pierwszego męża, z którym przez pewien czas mieszkałam w Ghanie. Nie jestem w stanie żyć w pustym otoczeniu. Umarłabym wtedy jako naukowiec.

A nad czym teraz Pani pracuje ze swoim zespołem?

Staram się zrozumieć, co dzieje się w pierwszych tygodniach życia płodu – od poczęcia aż do etapu, na którym zostają podjęte najważniejsze decyzje: co decyduje o tym, które z komórek macierzystych utworzą głowę, a które serce? Skąd te komórki „wiedzą”, jak podjąć tak skomplikowane decyzje? Znalezienie odpowiedzi na te oraz inne pytania pochłania całe dni.

Ostatnio stworzyliśmy metodę, dzięki której mysie zarodki można hodować tydzień dłużej poza ciałem matki! Znowu odkryłam to trochę przez przypadek… Czy mówiłam, że w moim życiu jest ich wiele? Zorganizowałam konferencję w Cambridge, zaprosiłam inżynierów, którzy tworzą platformy dla rozwoju komórek macierzystych.

Chciałam stworzyć „sztuczną macicę” i dzięki pomocy inżynierów zrobiliśmy żel o specjalnej elastyczności, który pomógł zarodkowi poczuć się jak w ciele matki. Po raz pierwszy w historii mogliśmy zbadać, co dzieje się w kolejnych dniach od zapłodnienia. Myślę, że ten pomysł przyszedł mi do głowy… Zawsze chciałam zrozumieć, skąd biorą się nasze pomysły!

Niezwykłe. To kiedy spodziewa się Pani Profesor Nagrody Nobla?

(uśmiech) Na razie cieszę się Noblami przyjaciół.

Tekst Magdalena Kuszewska

Prof. Magdalena Żernicka-Goetz – prof. biologii rozwojowej na Uniwersytecie Cambridge, specjalizuje się w komórkach macierzystych, jedna z dwóch pierwszych polskich kobiet profesorów na tej uczelni.

Nagrodzona za swoje odkrycia m.in. Young Investigator Award i British Academy of Medical Sciences. Autorka ponad 100 prac naukowych w prestiżowych czasopismach „Nature” i „Cell”. Urodzona w Warszawie, prywatnie żona, mama dwójki dzieci. Ma 52 lata.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Zobacz również

  • Jako dziecko straciła rodziców. Nie miała szczęścia w miłości, zawiodła ją córka, ma problemy ze zdrowiem. Ale mimo to z jej twarzy nie znika uśmiech. więcej

Wasze komentarze: 2,

przeczytane przez: 1570 osób Dodaj komentarz
bio

~bio -

Bardzo mnie cieszy, ze Magdę cieszy to co robi. Studiowaliśmy o rok od siebie. Pamiętam jedynie, że była zjawiskowo piękna. Nigdy nie wiadomo, co wyrośnie z małego ziarenka.

bio

~bio -

Bardzo mnie cieszy, ze Magdę cieszy to co robi. Studiowaliśmy o rok od siebie. Pamiętam jedynie, że była zjawiskowo piękna. Nigdy nie wiadomo, co wyrośnie z małego ziarenka.