Reklama
  • Piątek, 17 lutego (14:05)

    Marcin Kwaśny: Byłem buntownikiem. Zmieniłem się zupełnie.

Nie lubi mówić o sobie sprzed paru lat. To zamknięty już okres. Dziś wreszcie ma poczucie szczęścia i spokoju. Marzy o powiększeniu rodziny.

Choć nasze spotkanie trwało krótko, Marcin Kwaśny (37) zrobił na mnie wrażenie. Skromny, szczery, z szacunkiem do drugiego człowieka.

Reklama

Podobno babcia chciała, żebyś został księdzem, a tata marzył o synu... wojskowym?

To prawda. Babcia jest osobą bardzo religijną, więc te pragnienia były zrozumiałe. A tata był wojskowym. Służył jako dowódca saperów. Zabierał mnie na poligony, na których mogłem rzucać pustymi granatami i strzelać z karabinu.

Serce ojcowskie nie bolało, kiedy okazało się, że jednak wybierasz aktorstwo?

Nie, rodzice zaakceptowali mój wybór, bo wiedzieli, że to moja pasja, że taką drogę na życie wybrałem. Jako jedyny z rodziny.

To po kim takie zdolności?

Po tacie.

Ale wojskowy z aktorskim talentem?

Znakomicie wszystko się łączyło. Tata do dziś potrafi wyrecytować z pamięci mało przyzwoitą „13. księgę Pana Tadeusza” Aleksandra Fredry i to z zachowaniem średniówki. A czy i on marzył o aktorstwie? Chyba nie. W młodości był nieśmiały, trochę introwertyczny.

W zawodzie aktora potrzeba pewnego rodzaju bezwstydności, na scenie czy przed kamerą nie można być nieśmiałym. Chyba, że się takiego gra..

A jaki ty byłeś w młodości?

Ja byłem buntownikiem. Miałem dłuższe włosy, chodziłem w powyciąganych swetrach i wytartych spodniach. Słuchałem muzyki grunge: Nirvany, Pearl Jam. Malowałem kiepskie obrazy, grałem na gitarze, piłem tanie wina, pisałem dobre wiersze i... często się zakochiwałem.

O miłość chyba nie musiałeś się martwić z takim wyglądem.

Nigdy nie narzekałem na powodzenie u płci przeciwnej, to prawda. Powiem ci tylko tyle, że zdążyłem się w młodości wyszumieć. Ale to stare czasy i zamknięty etap. Teraz najważniejsze jest dla mnie to, żebym podobał się mojej żonie.

Papierosy, narkotyki?

To mnie akurat ominęło, ale już od czasów liceum co roku w wakacje jeździłem z przyjaciółmi autostopem po Europie. Naszym pierwszym zdobytym „na stopa” lądem była Francja, potem Hiszpania, Włochy. Wiadomo, że mieliśmy różne przygody. Kiedyś zdarzyło nam się np. przelecieć prawie przez całe Niemcy awionetką. Zawsze spotykaliśmy się z sympatią mieszkańców, pozytywnym nastawieniem, więc ten czas wspominam bardzo dobrze.

Czasem chciałoby się jeszcze raz...

Ale to już nie ten wiek. Natomiast pasja podróżnicza została. W zeszłym roku byliśmy z żoną w Stanach Zjednoczonych, podróżowaliśmy po parkach narodowych: Grand Canyon, Zion, Arches. Byliśmy w Mieście Aniołów i w Hollywood. Zostały nam jeszcze do zwiedzenia: Yosemite, Yellowstone i San Francisco. Nie jeździmy z biurami podróży, tylko organizujemy się sami. W tym roku odwiedziliśmy w ten sposób Jerozolimę i Betlejem.

Wybrałeś ten kierunek ze względu na...

Trzy i pół roku temu nawróciłem się i ten wyjazd był dla mnie osobiście bardzo ważny. Tak samo jak wizyta w Turynie, podczas wystawienia Całunu. Dzięki Bogu stałem się inną osobą.

Czyli jaką?

Staram się być dobrym człowiekiem, nikogo nie krzywdzić. Wcześniej bywało różnie. Przestałem być egoistą i otworzyłem się na drugiego człowieka. Wolę więcej dawać, niż brać. Kariera też nie jest dla mnie już taka ważna, jak kiedyś. Wiara dała mi poczucie spokoju, szczęścia, wyciszenia, zmieniła priorytety. To jest taka przewrotność losu, jaka mnie dopadła, bo ja przez 18 lat byłem trochę takim Szawłem walczącym z Bogiem i kościołem.

Kto ci pomógł w przejściu przez ten czas próby zmiany twojego życia?

Na pewno moja żona.

Musi być bardzo silna. Jaka jeszcze jest?

Jest szalenie kobieca, pogodna, ma niesamowite poczucie humoru. Ze mnie też często się śmieje. Ale to jest akurat zdrowe podejście do życia. Diana nie jest aktorką a architektem, więc ma dystans do mojego zawodu i potrafi konstruktywnie mnie skrytykować za jakąś rolę. Wspiera mnie też bardzo w wysiłkach zawodowych, więc jest to budujące i cementuje nasz związek.

Podobno spotkałeś ją na przejściu dla pieszych na warszawskiej Pradze?

Zaczepiłem ją, bo zadziałała między nami jakaś chemia. Żona wracała od dentysty, a ja jej znieczulenie wziąłem za uśmiech do mnie. Zagadnąłem bezczelnie, ale nienachalnie, a po trzech latach oświadczyłem się nad Wisłą.

Od ośmiu lat jesteście małżeństwem. Recepta na udany związek?

Nie wiem, my ze sobą po prostu dużo rozmawiamy, mamy wspólne pasje, np. jazdę konno, a ostatnio razem uczymy się tanga.

I jak wypadasz?

Żona jest bardziej zaawansowana, ja staram się nadrobić. Odwrotnie jest za to z jazdą konno.

Był czas, kiedy częściej bywaliście w świecie show- -biznesowym.

Ten okres też już mam za sobą. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że takie celebryckie życie mnie już nie pociąga. To była droga donikąd. Rozumiem, że my jako aktorzy musimy się pokazywać, ale ja wolę pokazywać się akurat tam, gdzie jestem potrzebny, np. przy okazji premiery filmu, w którym gram.

Można też spotkać cię w teatrze.

Od roku jestem aktorem Teatru Polskiego w Warszawie i gram w sześciu sztukach. Mam satysfakcję, bo mogę zmierzyć się z poważnym repertuarem. Wcześniej przez 13 lat byłem aktorem Teatru Kwadrat. Mówię o teatrze, bo to jest dla mnie taka baza, gdzie aktor rozwija się. Ale pracę w „Klanie” też lubię.

Dzięki serialowi zyskujesz sympatię widzów.

Ważna jest też świadomość pracy przed kamerą. Natomiast serial pozwala mi na spłatę kredytu we frankach (śmiech), bo z samego teatru nie da się za bardzo utrzymać.

Zawsze podejmowałeś takie decyzje, że wszystko z pasji, a nie z chęci zysku?

Skłamałbym, gdybym tak powiedział. W trakcie studiów dopiero na trzecim roku dostałem stypendium Katarzyny Frank-Niemczyckiej. Wcześniej musiałem dorabiać, reklamując wódkę w barach czy prowadząc imprezy w klubach. Z niejednego pieca jadło się chleb...

A dziś jesteś cenionym aktorem. Nowe wyzwania?

Jestem w trakcie zdjęć do filmu „Dywizjon 303” oraz do filmu „Kamerdyner” w reżyserii Filipa Bajona. W marcu do kin wchodzi film „Wyklęty” w reż. Konrada Łęckiego, w którym gram dowódcę oddziału żołnierzy wyklętych, zaś producentem filmu jest moja fundacja Między Słowami. Ciągle jestem w biegu i wszystko w tym moim życiu dobrze się układa.

A myślicie z żoną o powiększeniu rodziny?

Jasne, że tak. Ale... wszystko w swoim czasie.

A jak spędzicie święta Bożego Narodzenia?

Jedziemy w okolice Zakopanego razem żoną, z moim tatą, bratem i jego rodziną. Będzie tradycyjnie.

Aleksandra Jarosz

Świat & Ludzie

Zobacz również

  • Jako dziecko straciła rodziców. Nie miała szczęścia w miłości, zawiodła ją córka, ma problemy ze zdrowiem. Ale mimo to z jej twarzy nie znika uśmiech. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.