Reklama
  • Piątek, 11 marca (08:00)

    Michael Moran o dzieciach w kuchni i rodzinie

Juror programu, Michel Moran, opowiada o pracy nad programem "MasterChef Junior" i swoich prywatnych doświadczeniach z małymi kucharzami.

Kto zaszczepił Panu pasję do gotowania? Babcia, mama?

Bardzo bym chciał, by tak było, ale nie miałem takiej szansy. Moi rodzice wyemigrowali do Francji. Musieli pracować, by utrzymać sześcioro dzieci. Brakowało im czasu, by nas uczyć. Choć oczywiście gotowali w domu.

Reklama

Ma Pan ukochane smaki z dzieciństwa?

Pewnie! Szczególnie pamiętam jednak, jak ważnym momentem w moim rodzinnym domu była wspólna kolacja. Siadaliśmy przy stole, na którym najpierw pojawiała się przekąska, następnie danie główne, a na koniec deser.

I to był też czas na rozmowy z mamą, tatą, braćmi, siostrami. Każdy opowiadał, jak mu minął dzień. Teraz coraz rzadziej tak się dzieje. Przychodzimy do domu, zaglądamy do lodówki, nakładamy sobie coś na talerz i w samotności jemy przed telewizorem, nie odzywając się do pozostałych domowników. Szkoda, bo to naprawdę dobra okazja, żeby pobyć razem.

Pan wraca do domu i gotuje?

Niestety, nie. Niemal codziennie kończę pracę koło północy.

Może zawodowi kucharze nie mają już ochoty pichcić po godzinach?

Ochota to jedno, ale przede wszystkim nie mamy na to czasu. Od rana do wieczora jestem w mojej restauracji. Prywatnie zdarza mi się gotować w niedzielę. Nie tylko ja tak mam, gwarantuję (śmiech).

Jaka była Pana pierwsza myśl, gdy padła propozycja, by został Pan jurorem w „MasterChef Junior”?

Z jednej strony byłem zadowolony, z drugiej zaś zestresowany. Mam córkę, syna, wnuki. Wiele wiem o dzieciach. Ale zastanawiałem się, czy będę umiał je oceniać, bo ten program to przecież konkurs kulinarny. Nie chciałem być ani za surowy, ani za łagodny. To zupełnie inne wyzwanie niż w przypadku dorosłego „MasterChefa”.

Na szczęście, okazało się, że małym uczestnikom zależy na uczciwych opiniach. Zdają sobie sprawę, że dzięki nim zdobędą wiedzę i będą mogli się rozwijać.

Pana wnuki wyrywają się, by pomagać w kuchni?

Są na to jeszcze za małe. Choć ostatnio razem z wnuczką robiliśmy mus czekoladowy. Stała na taborecie i mieszała składniki. Zwraca się do mnie: „Dziadek Michel, kucharz” i zawsze, kiedy przychodzi w odwiedziny, zabiera swój fartuszek do gotowania.

Krążą pogłoski, że będzie Pan najsurowszym jurorem…

Nieprawda. Jak Pani myśli, dlaczego do uczestników ani razu nie zwróciłem się słowem: „dzieci”? A oni na moje polecenia zawsze odpowiadali: „Tak, chef!”?

Wyjaśni Pan?

Ponieważ chcieli być traktowani poważnie, jak kucharze. Kiedy więc coś poszło nie tak, byłem szczery i uczciwy. Nie udawałem, że nic się nie stało. Oni to docenili.

Najmłodsi mocno rywalizują między sobą?

Nie. Nigdy nie zapomnę, jak sobie nawzajem pomagali. Kiedy komuś brakowało 10 sekund, proponowali, że oddadzą je ze swojego czasu. Dla nich nie liczy się wygrana. Skupiają się na zadaniu, które chcą wykonać najlepiej, jak potrafią. 

Jakie konkurencje zobaczymy?

Nie będzie łatwo. Dzieci przygotują np. polędwicę wellington albo croquembouche, czyli ciasto w kształcie piramidy z małych ptysiów klejonych karmelem. W odcinku, w którym gościem specjalnym będzie Magda Gessler, upieką torty. Mówię całkiem poważnie – wykonają rzeczy naprawdę niesamowite.

Będzie nagroda dla zwycięzcy?

Tak. Tytuł, statuetka, 15 tys. zł i dwa tygodnie wymarzonych wakacji. Zdobywca drugiego miejsca też dostanie nagrodę.

W jaki sposób można zarazić dzieci pasją do gotowania?

Dla nich wspólne gotowanie to rodzaj gry. Co najfajniejsze, realnej gry. Bawimy się z mamą w kuchni, robimy deser, mieszamy mąkę z wodą, a za chwilę najbliżsi będą to jedli.

Dobrze, że dziś coraz rzadziej gotowanie w domu traktuje się jako powinność, obowiązek nakarmienia rodziny. Ono zaczęło kojarzyć się z radością, przyjemnością. Tak powinno być.

Żałuje Pan, że córka i syn nie poszli w Pana ślady?

Nie, to jest naprawdę ciężki fach. Pewnie cieszyłbym się, gdyby pomagali mi w restauracji. Tylko że dla mnie najważniejsze jest, by moje dzieci robiły w życiu to, co kochają.  

Wiem, że wystąpi Pan w serialu „Na Wspólnej”.

Pojawię się w kilku odcinkach. Na początku miałem wątpliwości, czy odnajdę się w roli aktora, długo mnie namawiali. W końcu się zgo dziłem i mam nadzieję, że nikt z ekipy nie będzie tego żałował (śmiech). Zagram siebie, popro wadzę warsztaty kulinarne.

  Kto weźmie w nich udział?

Tego jeszcze zdradzić nie mogę! Szykuje się duża niespodzianka w życiu zawodowym jednego z głównych bohaterów.

Rozmawiała M. Pokrycka

Kurier TV

Zobacz również

  • Jest typem wiecznie niespokojnego ducha. Mówi, że w życiu miała szczęście. Kocha swój zawód, ale najważniejsza jest dla niej córka. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.