Reklama
  • Środa, 18 stycznia 2017 (14:00)

    Monika Krzywkowska. Urodzona pesymistka

Choć jest gwiazdą, to z powodu wrodzonej nieśmiałości najchętniej chowa się za kostiumem. Monika Krzywkowska opowiada nam o swojej roli w serialu „Pierwsza miłość”.

Reklama

Skąd się wziął pomysł na rolę Ingrid?

Otrzymałam propozycję od producentów i się na nią zgodziłam. Co prawda nie wiem, z jakiego powodu stwierdzili, że nadaję się do zagrania czarnego charakteru, ale cieszę się, że to mnie wybrano.

Pani bohaterka mówi z akcentem. Trudno się było tego nauczyć?

To był żart, który zaproponowałam, przygotowując się do roli. Ale scenarzystom się spodobał i tak zostało. Poza tym Sindre Sandemo, który wciela się w mojego serialowego brata, też mówi z silnym akcentem.

Źle by wyglądało, gdyby rodzeństwo różniło się pod względem wymowy. A sposób przygotowania? No cóż, każdy z nas słyszał, jak mówią Polacy od lat mieszkający za granicą. Naśladuję ich.

Najpierw Sylwia ze „Skazanych”, teraz Ingrid z „Pierwszej miłości” Obie to silne, pewne siebie kobiety. Jest Pani do nich podobna?

Chciałabym być tak twarda (śmiech). Nie jestem też odważna, być może dlatego, że życie nigdy nie postawiło mnie w takiej sytuacji, w jakiej one się znalazły. Różnię się od moich bohaterek i to bardzo, ale to sprawia, że tym ciekawiej mi się je gra. Zakładam kostium, który nazywa się „Ingrid” i staję się zupełnie inną osobą.

W moim zawodzie najbardziej lubię…

Metamorfozy – uwielbiam się zmieniać. Kocham też efekt końcowy produkcji, w których gram, bo zawsze jest zaskakujący. Podczas prób do sztuki teatralnej lub zdjęć do serialu prawie zawsze towarzyszą mi czarne myśli – jestem urodzoną pesymistką. A potem, gdy widzę całość, czytam recenzje i czuję euforię, że tak dobrze wyszło.

„Nieśmiałość to moje drugie imię”. Czy ta cecha utrudnia Pani pracę?

Wielu aktorów się z nią zmaga. Paradoks, prawda? Jednak wbrew pozorom, nieśmiałość czasem pomaga. W końcu na scenę nie wychodzę ja, Monika Krzywkowska, tylko moja bohaterka. Kryję się pod kostiumem, charakteryzacją.

Powiedziała Pani też kiedyś: „Napędza mnie miłość”. Mogłaby Pani wyjaśnić?

Od lat jestem szczęśliwą żoną i mamą. Oczywiście zdarzają nam się gorsze momenty, jak wszystkim, ale cały czas się kochamy i wspieramy. A to jest naprawdę bezcenne. Takie rodzinne oparcie pomaga przetrwać wszystkie zawodowe niepowodzenia.

Córka jest z Pani dumna?

Myślę, że tak. Wszystkie dziewczynki uważają, że ich mama jest najpiękniejsza i najwspanialsza. Lena chętnie ogląda produkcje z moim udziałem. Czasem mamy wątpliwości, czy to właściwe, bo na przykład są brutalne sceny, ale… takie jest życie.

Tłumaczę jej wtedy, co i jak. Zdarza się, że ona sama komentuje: „To nie jest rola dla ciebie, za bardzo się denerwujesz”. A ja bardzo cenię jej zdanie.

Chciałaby zostać aktorką? Polecałaby Pani jej tę profesję?

Na razie o tym nie myśli. Zwłaszcza, że widzi także ciemne strony życia artysty. Jedno jest pewne – nie będę jej odradzać, cokolwiek wybierze.

Rozmawiała Monika Ustrzycka

Kurier TV

Zobacz również

  • Zaangażowała się w kampanię społeczną Ogólnopolskiej Organizacji Kwiat Kobiecości, by ratować kobiety przed rakiem szyjki macicy. Tegoroczna akcja przebiega pod hasłem: „Wpadnij na... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.