Reklama
  • Środa, 1 marca (15:05)

    Tadeusz Drozda. Aktorzy go nie chcieli - został inżynierem

Na estradzie jest obecny już od 40 lat. Uważa, że wszystko ułożyło mu się tak, jakby sobie życzył.

Reklama

Z żoną Ewą poznali się jeszcze w liceum i niedawno obchodzili 44. rocznicę ślubu. Bilans – trzy córki i troje wnucząt. Jak twierdzi pan Tadeusz, jego rozliczne podróże „za chlebem” sprawiały, że tęsknota była dla ich związku najlepszym lekarstwem.

Matka natura była dla Pana łaskawa. Obdarzyła talentem, poczuciem humoru i pracowitością...

Pani to powiedziała. W szkole podstawowej organizowano akademie, na których występowałem z własnym tekstem. Grałem też główne role w teatrzyku szkolnym, z którym jeździliśmy po okolicznych wioskach, a zarobione pieniądze odkładaliśmy na letni obóz rowerowy.

Jak wspomina Pan liceum?

Niewiele z tego okresu pamiętam. Ostatnio odbył się zjazd absolwentów i gdyby nie żona, która chodziła do tej samej szkoły, nikogo bym nie rozpoznał.

Jesteście Państwo razem od liceum?

Tam się poznaliśmy, ale parą zostaliśmy po studiach. Niedawno obchodziliśmy 44. rocznicę ślubu i możemy pochwalić się trzema mądrymi córkami i gromadką wnuków.

Po maturze zdecydował się Pan zdawać na Politechnikę Wrocławską.

Dwukrotnie zdawałem do szkoły aktorskiej, ale mnie nie przyjęli. Na Politechnikę poszedłem z lenistwa, byłem dobry z matematyki i fizyki. Na kilka tysięcy zdających na wydział elektryczny, trzy pierwsze miejsca należały do mnie i moich kolegów z klasy. Małe prowincjonalne liceum w Brzegu Dolnym znakomicie przygotowało nas do studiów.

Zajęcia na wydziale elektrycznym nie przeszkodziły Panu w realizowaniu innych pasji?

To pasje przeszkadzały mi w studiach. Występowałem w studenckim teatrze Kalambur, potem z kolegami założyliśmy kabaret Elita, który dzięki głównej wygranej na Festiwalu w Opolu w 1971 roku natychmiast zdobył popularność. W pewnym momencie okazało się, że więcej czasu spędzam na scenie niż na wykładach i z tego studenta, który dostał się na uczelnię z pierwszą lokatą, stałem się tym, który walczył o to, żeby zaliczyć przedmiot.

Miał Pan okazję pracować w wyuczonym zawodzie?

Gdy kończyłem studia, cała Polska chciała nas oglądać i słuchać, więc jeździliśmy z miasta do miasta. Uzyskanie dyplomu inżyniera elektryka było jedynie formalnością, ale nigdy nie postawiłem nogi w żadnym biurze projektowym.

Czy istniała wtedy rywalizacja między kabaretami?

Dziś jest znacznie większa konkurencja, ale też większe możliwości. Powstało dużo stacji telewizyjnych i właściwie na każdym kanale jest jakiś program satyryczny. Tylko że ja się jakoś nie śmieję.

Przez wiele lat miał Pan znaczącą pozycję w TVP

Prowadziłem tam „Śmiechu warte” i „Herbatkę u Tadka”. Widzowie wiele razy dawali wyraz sympatii, głosując na mnie w różnych plebiscytach. W Polsacie z kolei przez sześć lat prowadziłem program „Dyżurny satyryk kraju”. Wtedy honoraria były nieporównywalne z tym, co mamy teraz. Za nagranie jednego odcinka „Śmiechu warte” dostawałem 4 tysiące złotych, a program szedł raz w tygodniu. Potrafiłem jednego dnia nakręcić trzy odcinki, a scenariusz tworzyłem w trakcie nagrania. Pełna improwizacja!

Jest Pan autorem szlagieru „Parostatek”. Nigdy nie kusiło Pana, żeby być Osiecką w spodniach?

Gdyby Krzysiek Krawczyk mocniej mnie przydusił, pewnie napisałbym więcej tekstów, ale wokół niego kręciło się mnóstwo zawodowych tekściarzy, a ja nie widziałem siebie w roli nadskakującego. Poza tym nie chciałem nikomu zabierać chleba.

W tym roku obchodzi Pan 40-lecie pracy zawodowej.

Przygotowałem program „40-lecie w kabarecie”, zabawną opowieść o tym, co przeżyłem na estradzie i w telewizji. Wszystko układało się tak, jakbym sobie życzył.

Nie było żadnych nacisków, na przykład w sprawie wstąpienia do partii?

Jeśli ktoś chciał zrobić karierę, to musiał należeć do PZPR, ale za studentami nikt nie dreptał. Nigdy nie należałem do żadnej partii i dopóki żyję, należeć nie będę.

Niewielu artystów w czasach „żelaznej kurtyny” mogło wyjeżdżać zagranicę. Pan sporo podróżował.

Rokrocznie, na zaproszenie Polonii, jeździłem do Kanady i USA. Wracając ze Stanów przywoziłem pół walizki pomarańczy i bananów, co z perspektywy czasu postrzegam jako absolutny idiotyzm. W outletach kupowałem buty. Żona z córkami rozdrapywały to wszystko w pięć minut...

Ale nie był Pan typowym ojcem, który wychodzi do pracy na ósmą , wraca o siedemnastej , a w sobotę idzie na ryby z kolegami…

…pije wódkę, krzyczy na dzieci i mało zarabia. Rodzina nie narzekała. Zrobiono kiedyś badania, które dowiodły, że najtrwalsze związki mieli marynarze. On wypływał na morze, ona za nim tęskniła, a gdy przyjeżdżał po pół roku, przeżywali sielankę, i tak w kółko.

Nawet nie zdążyli się dobrze pokłócić. U nas było podobnie. Ja wracałem z wyjazdów, cała rodzina się cieszyła i wspólnie świętowaliśmy. W każde wakacje spędzaliśmy miesiąc zagranicą: w Bułgarii, Hiszpanii, Francji...

Ojcowie są na ogół mało przyjaźnie nastawieni do kandydatów na zięciów. Akceptował Pan wybory córek?

Dziewczyny robiły, co chciały i nie miałem wpływu na ich wybory. Nigdy się mnie nie pytały, co mają robić i za kogo wyjść za mąż. Na ogół o wszystkim dowiadywałem się ostatni, co miało mi zaoszczędzić stresów. O tym, że Joanna (średnia córka) wyjeżdża do USA uczyć się aktorstwa, dowiedziałem się, jak trzeba było zapłacić za szkołę i za bilet. Maturę zrobiła w Stanach i uparła się na krakowską szkołę teatralną. Podstawą naszych relacji było bezgraniczne zaufanie.

A jakim jest Pan dziadkiem?

Takim z doskoku. Cały czas pracuję, ale jeśli tylko mam czas, a córki potrzebują wsparcia pedagogicznego, to pomagamy im razem z małżonką. Joanna i jej mąż wybrali niewdzięczny zawód aktora, więc wieczorami grają spektakle albo nagrywają film i wtedy dziadkowie są zawsze na posterunku.

Jest Pan już emerytem. Nadal chce się Panu chcieć?

Dziś już nikt nie proponuje mi autorskich programów telewizyjnych. Jeżdżę trochę po Polsce, ale coraz rzadziej. Jeśli ktoś ma 67 lat, tak jak ja, to już mniej się chce. Ale marzy mi się program w stylu „Dyżurnego satyryka kraju”, który robiłem w świetnym gronie kolegów. Niestety, tego grona już nie ma, ale są przecież inni.

Rozmawiała Ola Siudowska / AKPA

Życie na Gorąco Retro

Zobacz również

  • U chodzi za jedną z najbardziej tajemniczych aktorek. Chociaż żywiołem Magdaleny Cieleckiej (44) jest teatr, aktorka zagrała w wielu popularnych serialach, m.in.: Magda M., Oficer, Hotel 52,... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.