Reklama
  • Środa, 3 lutego (15:05)

    Witold Dębicki: Biorę, co przyniesie los! Biorę, co prz yniesie los! Witold Dębicki personalia

Aktor drugoplanowy. Lubi Pan to określenie?

Nie ma ono dla mnie większego znaczenia, bo swoją pracę, swój zawód zawsze traktowałem poważnie. Nigdy nie miałem też przerostu ambicji, parcia na szkło. Można powiedzieć, że w jakiś sposób, z zawodowego punktu widzenia, jestem raczej beztroskim facetem, który ze spokojem i pokorą bierze to, co przyniesie los. Nie napinam się, nie czuję takiej potrzeby.

Reklama

To sprawdzona metoda, by dostać choćby niewielką rolę?

Nie ma nic lepszego dla aktora! Do castingów starałem się podchodzić na luzie, z dystansem, i może dlatego przechodziłem je zazwyczaj pomyślnie. Tak jak ostatnio do „Szalbierza” w Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

Zamiast karkołomnych i pochłaniających energię starań, żeby dostać rolę, skupiałem się na swoich obowiązkach i zadaniach. Zarówno w teatrze, jak w filmie, choć grę przed kamerą cenię szczególnie. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że gdybym nie dostawał propozycji pracy na planie filmowym, pewnie zrezygnowałbym z zawodu.

Dlaczego?

Może nie odkryję ponownie Ameryki, jeśli powiem, że do filmu zawsze można wrócić, przypomnieć go sobie jeszcze raz. Ostatnio z wielką przyjemnością obejrzałem „Zawodowców”, w których zagrałem czterdzieści lat temu.

Od razu wróciły wspomnienia z planu. Gra na scenie nie daje takiej szansy, każdy spektakl jest ulotny, niewiele po nim pozostaje. Poza tym nigdy nie znosiłem przedpremierowych i jakże czasochłonnych prób!

Tego rodzaju stwierdzenie brzmi dość dziwnie w ustach aktora.

Wiem, że próby są niezbędne i bardzo cenne dla naszego warsztatu, ale one zawsze potwornie mnie nudziły. Irytowało ciągłe, kilkumiesięczne: „A może tak, a może inaczej”. Koszmar!

Kiedy przeczytałem książkę „Filozof Bycia”, gdzie czarno na białym napisano, że sam Gustaw Holoubek uznawał zasadę, że tekstu możemy nauczyć się w domu – był to miód na moje serce! Chopin też swoim uczniom mówił: „Nie ćwiczcie za długo, adrenalina was poniesie, zmęczenie nigdy!”.

To jak Pan sobie wyobrażał ten zawód?

Przyznam, że nieco naiwnie. Sądziłem, że będę mógł się wyspać, wstawać z łóżka o godzinie dziewiątej rano. Nie wiedziałem również, że studia w szkole teatralnej to ciężka i mozolna praca, właściwie od rana do późnego wieczora. Nigdy jednak nie żałowałem swojego wyboru.

Bakcyla aktorstwa złapałem w telewizyjnym Młodzieżowym Studium Poetyckim prowadzonym przez Andrzeja Konica. Na placu Powstańców w Warszawie, w siedzibie telewizji, robiliśmy coś na kształt telewizyjnego kabaretu.

A może chodziło Panu o popularność, zaspokojenie próżności?

Moja próżność polega przede wszystkim na satysfakcji, że większość rzeczy w karierze robiłem dobrze. Nie byłem wyczulony na punkcie swojego wyglądu, krytykę przyjmowałem ze spokojem. Prawdę mówiąc, miałem raczej ułatwione zadanie, bo chyba tylko raz spotkałem się z nieprzychylną recenzją autorstwa Augusta Grodzickiego.

Miał rację?

Oczywiście! Chodziło o spektakl warszawskiego Teatru Rozmaitości „Merci, czyli wodewil z myszką” z 1976 roku. Nie czułem jednak pretensji do cenionego znawcy tematu. Wbrew pozorom, my, aktorzy, doskonale wiemy, kiedy nam coś wychodzi lub nie. Byłem wdzięczny panu Grodzickiemu za szczerość, a pożółkłą gazetę, w której ukazała się recenzja, przechowuję do dziś.

A co z tak zwaną rozpoznawalnością?

Różnie z nią bywa, choć zdarza się, że nadal wołają za mną Rademenes! To miłe, bo serial Janusza Dymka powstał trzydzieści lat temu, ale tego typu reakcje świadczą o tym, że „Siedem życzeń” ciągle jest lubiany i oglądany. A ja, mówiąc żartobliwie, mało się fizycznie zmieniłem. Rozm. Artur Krasicki

Urodzony: 3 maja 1943 roku w Dubnie. Kariera: Absolwent PWST w Warszawie. Zagrał w wielu filmach i serialach (m.in. „Mój rower”, „Siedem życzeń”, „Prawo Agaty”). Aktor warszawskich teatrów: Rozmaitości, Komedia, Powszechny. Grał też w poznańskim Teatrze Nowym.

Ostatnio zagrał w „Lecie na Mazurach”. To jeden z serii filmów, które niemiecki kanał telewizji publicznej ZDF (współwłaściciel Romance TV) kręci w najpiękniejszych zakątkach Europy. W Polsce jako plenery wybrano Mikołajki i Mrągowo.

Życie na gorąco

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.