Reklama
  • Środa, 19 kwietnia (11:05)

    Wywiad z pisarką Karoliną Wilczyńską

Przez wiele lat jako terapeutka słuchała uważnie ludzi. Czy to doświadczenie inspiruje Panią Karolinę do pisania? Mówi, że tak. Podobno najlepsze scenariusze pisze samo życie.

Czym jest dla Pani pisanie książek? Rodzajem rozrywki, sposobem na życie?

Jednym i drugim, dlatego mogę powiedzieć o sobie szczęściara, bo zaliczam się do nielicznych w Polsce osób, które utrzymują się z pisania. Po niemal dziewięciu latach udało mi się dojść wreszcie do punktu, gdzie mogłam zająć się tylko tą dziedziną twórczości. Jestem przykładem na to, że o marzenia warto walczyć, nie poddawać się, nie zniechęcać pierwszymi niepowodzeniami. Realia są niestety takie, że początki literackiej drogi nie są dla nikogo łatwe.

Reklama

Nie żałuje Pani, że dopiero teraz może skupić się na tym, co lubi najbardziej?

Absolutnie nie! Wychodzę z założenia, że wszystko przychodzi do każdego z nas w odpowiednim czasie. Przez wiele lat byłam trenerką personalną i terapeutką, słuchałam ludzi, zdobywałam niezbędne doświadczenie. Te inspirujące kontakty pobudzały wyobraźnię i nie uważam tego czasu za stracony. Pisarz czerpie pomysły nie tylko z głowy, ale też z otaczającego go świata. Czy to, o czym piszę, mogło się zdarzyć naprawdę? Oczywiście, bo najbardziej niewiarygodne scenariusze układa samo życie.

Są dni, kiedy trudno napisać choćby jedno zdanie?

Zdarzają się, owszem. Wtedy motywuje mnie presja czasu, stres. Nie potrafię usiąść przy klawiaturze z założeniem, że dziś będę pisała trzy godziny, a jutro dwie. Brak mi systematyczności, ale gdy już wejdę do świata swoich bohaterek, zapominam o realnym świecie. Znikam dla otoczenia i kontakt ze mną jest dość utrudniony.

Odnajduje się Pani później w rzeczywistości?

Nie mam wyjścia, kiedy zmęczenie daje się we znaki, sprzątam, piorę lub gotuję. Nie cierpię zmywać naczyń i zastanawiałam się nawet nad jednorazowymi talerzami. Instynkt ekologiczny oraz poczucie estetyki jednak przeważyły szalę. Zdarzają mi się jednak dość zabawne sytuacje, kiedy odpływam myślami w swój świat. Kiedyś tak się zamyśliłam przy obieraniu ziemniaków, że obrałam je wszystkie. Czyli co najmniej pięć kilogramów.

Co jest największym atutem Pani powieści?

Wiarygodność i autentyczność. Często dostaję sygnały od czytelniczek, że historia opowiedziana w książce była właśnie o nich. Piszę głównie o kobietach, ich emocjach, tym co czują i w jaki sposób reagują na różne sytuacje. Mówiąc o emocjach, mam na myśli nie tylko miłość, lecz strach, ból, smutek czy namiętność. Motorem naszego życia są przecież uczucia, nie chodzi mi jednak wyłącznie o to, by zabawiać czytelników wzruszającymi opowiastkami. Chcę pobudzać do refleksji, zastanowienia się nad swoim życiem, do zmiany na lepsze. Bo wierzę w kobiecą siłę, mądrość, możliwości i moc kobiecej wspólnoty.

Pani ostatnia książka „Właśnie dziś, właśnie teraz” też ma drugie dno?

To historia trzech kobiet, których pozornie nic nie łączy. Mają różny status społeczny, różnią się wiekiem, lecz każda z nich marzy, by bliskie im osoby zmieniły radykalnie swoje życie. Jedna z nich ma syna alkoholika, druga despotycznego ojca, kolejnej nie zauważa mąż. Ich postawa jest jednak zgubna, bo skupianie się na spełnianiu oczekiwań innych do niczego dobrego nie prowadzi. Szczęścia i równowagi trzeba szukać przede wszystkim w sobie, nie bać się realizować marzeń.

A czy Pani sama żyje tak, jak radzi to robić swoim czytelniczkom?

Oczywiście staram się, żeby tak było. Myślę, że także dlatego czytelniczki cenią moje powieści, bo widzą i czują, że jestem prawdziwa. Jak każda kobieta, mam swoje plany, mam marzenia, wiele czuję. Próbuję odnaleźć szczęście, poznawać świat. Chcę doświadczać nowych rzeczy, przełamywać słabości. Czasami się udaje, a czasami nie – jak to w życiu. Ale się nie poddaję, nawet jeżeli się boję. Porażka to też jakaś nauka, a pokonanie lęku daje satysfakcję.

Lęk jest złym doradcą?

Jest nam potrzebny, niekiedy pobudza do działania, lecz w nadmiarze szkodzi. Oczywiście nic na siłę, nie trzeba kopać się z koniem, ale spróbować czegoś nowego zawsze warto. Można zacząć od małych rzeczy. Ja na przykład postanowiłam pokonać swój lęk wysokości i pół roku temu, po trzech nieudanych próbach, wreszcie zjechałam tyrolką. Byłam dumna, ale też przekonałam się, że ten rodzaj aktywności nie jest dla mnie. I więcej tego nie zrobię. Co innego łyżwy – złapałam bakcyla i teraz z przyjemnością śmigam na lodzie. Aby docenić to co mamy lub czego nie posiadamy, trzeba doświadczyć najróżniejszych emocji.

Nawet negatywnych?

Tak, choć czasami niezwykle trudno się przełamać. Ja na przykład okropnie boję się wody. Tak bardzo, że będąc ostatnio w Wenecji, nie popłynęłam tramwajem wodnym. Dziś tego żałuję i obiecałam sobie, że gdy jeszcze kiedyś pojadę do Włoch, wsiądę do niego. „Zobacz Wilczyńska, tyle ludzi pływa i żyje” tak się motywuję.

Rozmawiał Artur Krasicki

Życie na gorąco

Zobacz również

  • Talent do bawienia innych odziedziczył po mamie. Od lat ciągle w drodze, bo publiczność wciąż go kocha. Prywatnie kochający mąż i oddany ojciec. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.