Reklama
  • Czwartek, 2 marca (08:05)

    Zbigniew Łuczyński. Po stronie widzów

Mamy swoje sposoby, by ukarać winnych – dziennikarz „Uwagi!”, Zbigniew Łuczyński, opowiada nam o ciemnych aspektach swojego zawodu.

Pracuje Pan w „Uwadze!” od 15 lat. Podobno na początku chciał Pan zrezygnować. Dlaczego?

Przeżyłem wówczas rewolucję – przeprowadziłem się z, w miarę spokojnego, Krakowa do tętniącej energią Warszawy. Wszystko wokół mnie się zmieniło. Także sytuacja prywatna, bo moja córka została w Krakowie.

Reklama

Teraz to już dorosła kobieta, która podczas tegorocznych wakacji wyszła za mąż, ale wtedy była jeszcze nastolatką. Poradzi liśmy sobie. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że przyjęcie pracy w TVN było jedną z najlepszych decyzji w moim życiu.

„Poleciały mi łzy w studiu” – kto Pana wzrusza?

Na przykład dzieci i trudne sytuacje, w jakich stawiają je dorośli. One po prostu nie zasługują na cierpienie. Także zwierzęta. Naprawdę nie rozumiem, jak można je dręczyć albo porzucać. „Zwierzęta są jak ludzie – czują” – tak właśnie nazwaliśmy jedną z naszych społecznych akcji prowadzonych w „Uwadze!”.

Sam też jakiś czas temu adoptowałem psa. Kiedy usłyszałem, co on w swoim krótkim życiu przeszedł, wiedziałem, że muszę mu dać dom. Nie żałuję tego. Wręcz przeciwnie. Nie wyobrażam sobie, jak mogłem do tej pory żyć bez takiej miłości.  

A ostatnio?

Spotkałem się z Sandrą, 7-latką, która cierpi na przepuklinę oponowo-rdzeniową. Jeździ na wózku, wszystko ją boli, a potrafi zrobić coś dla innych. Ta mała dziewczynka ścięła włosy, by oddać je na peruki dla maluchów chorych na raka. Trudno mi było ukryć wzruszenie.

Byliśmy też w domu niepełnosprawnego Kacpra. Choć trudno to domem nazwać, wygląda raczej na przerobiony budynek gospodarczy. Teraz, dzięki ekipie „Uwagi!”, fundacji „Nie jesteś sam” i „Domowym rewolucjom” Doroty Szelągowskiej Kacper i jego rodzina wreszcie będą mieć godne warunki do życia.

Takie momenty też napawają dumą. Dobrze mieć poczucie misji i spełnionego obowiązku. Bo my mamy przede wszystkim pomagać!

Zdarza się jednak, że zło trudno jest naprawić…

Wtedy rodzi się poczucie buntu, czuję ogromną złość. Dla wielu ludzi jesteśmy ostatnią deską ratunku, dlatego staramy się dać z siebie wszystko. Oczywiście musimy się trzymać litery prawa, ale… mamy inne środki. Zawsze możemy pokazać czyjąś prawdziwą twarz milionom widzów przed telewizorami. To bywa skuteczną karą.

Jak Pan odreagowuje ciężkie sytuacje?

Od dwóch lat jestem szczęśliwym posiadaczem domu pod Warszawą – to mój azyl. Jeżdżę tam, by w ciszy i spokoju się relaksować. Uwielbiam swój ogród – ma na mnie kojący wpływ. Drugi sposób to wysiłek fizyczny. Jeśli nie pójdę na siłownię i nie pozbędę się emocji, zdarza mi się bezsenna noc. Wracają te wszystkie trudne historie.

Czym „Uwaga!” wyróżnia się na tle konkurencji?

Nie ma chyba w telewizji innego programu interwencyjnego, który w nazwie ma wykrzyknik. Ten znak wyróżnia nas i zobowiązuje. „Uwaga!” jest od lat wierna hasłu „W Twojej sprawie”. Jesteśmy po stronie ludzi, którzy nam ufają. Nie chcemy ich zawieść i jednocześnie bez nich nie moglibyśmy istnieć.

Ile czasu realizowany jest jeden reportaż?

Różnie. Czasem wystarczy jeden dzień, bo sprawa jest na tyle pilna, że należy ją natychmiast pokazać. Innym razem śledztwo dziennikarskie trwa kilka miesięcy. Wszystko zależy od tematu.

Co z mało medialnymi sprawami i takimi, które już poruszaliście?

Zawsze staramy się pomóc. Nie działamy tylko na pokaz. Nawet jeśli nie pokażemy danego tematu na antenie, to nasi dziennikarze albo wskażą potrzebującym ścieżki postępowania, albo sami zadzwonią z interwencją. Niekiedy wystarczy magiczne: Dzień dobry, tu Zbigniew Łuczyński z „Uwagi!” – i problem bywa rozwiązany.

Rozmawiała Monika Ustrzycka

Kurier TV

Zobacz również

  • Talent do bawienia innych odziedziczył po mamie. Od lat ciągle w drodze, bo publiczność wciąż go kocha. Prywatnie kochający mąż i oddany ojciec. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.