Reklama
  • Czwartek, 2 marca (14:00)

    Zdzisław Wardejn: W telenowelach nie zagram!

Są takie role, których by Pan zdecydowanie nigdy nie zagrał?

Jedna. Nie mógłbym założyć niemieckiego munduru, bo w czasie okupacji hitlerowcy zabili mojego ojca. Od dzieciństwa uważałem więc Niemców za złych, okrutnych ludzi i gdybym zdecydował się przyjąć taką rolę, musiałbym znaleźć w swoim bohaterze także i jasne strony.

Reklama

Zawsze wolałem jednak grać czarne charaktery, gdyż poszukuje się w nich zazwyczaj pozytywnych cech. Poza tym tego rodzaju kreacje są dla aktora ciekawsze, bardziej złożone, widz łatwiej je zapamiętuje.

To nie jest aby aktorska droga na skróty?

Przede wszystkim trzeba być uczciwym w tym, co się robi. Należy mieć też pasję, bo dzięki niej człowiek nie czuje, że marnuje czas. Nie warto również przyjmować wszystkich propozycji, nawet kiedy z finansami jest bardzo krucho.

Kiedyś nie zgodziłem się zagrać w filmie „Czerwone ciernie” o łódzkim rewolucjoniście, bo jako aktor nie mógłbym pokazać w nim nic interesującego, dać coś od siebie. Schematyczny scenariusz, powielanie wzorców, nakładające się kalki – to mnie odrzuciło. Z tego samego powodu nie pojawiam się też w telenowelach.

Dobrze. To postawmy inne intrygujące mnie pytanie. A w reklamie mógłby Pan zagrać?

Nie mam nic przeciwko pracy w reklamie, zastrzeżenia mogę mieć jedynie do tego, jaki produkt jest zachwalany. Pamiętam, jak oburzałem się, kiedy pod koniec lat 90. jeden z kolegów reklamował hamburgery, a jednocześnie w Teatrze Narodowym grał główną rolę w „Kartotece” Tadeusza Różewicza. To były jednak inne czasy, kiedy aktorzy nie posługiwali się jeszcze telenowelowym językiem.

Co Pan ma na myśli, mówiąc telenowelowy język?

Telewizyjne tasiemce, w których nie ma przecież nic poruszającego, sprawiają, że młodzi adepci tego zawodu wpadają w manierę mówienia. Kiedyś pracowałem z chłopakiem, który był tuż po szkole aktorskiej.

Nie mógł zrozumieć, jak należy rozmawiać w naturalny sposób. Oczywiście miał w sobie pasję, zależało mu, by wypaść na scenie jak najlepiej i bardzo to wszystko przeżywał. Kłopot w tym, że widownia tego nie kupowała. A przecież teatr wymaga przekazywania emocjonalnych stanów. Ma dawać wzruszenie, radość i łzy.

A czy możemy pokusić się o takie stwierdzenie, że teatr w Polsce ma się dobrze?

Uważam, że nie jest wcale źle. Idziemy w naprawdę dobrym kierunku. Coraz więcej widzów się w teatrach pojawia, choć motywacje, dlaczego decydujemy się akurat na teatr, a nie na knajpę czy dancing, są różne. Nie zapomnę rozmowy, którą odbyłem z pewnym zamożnym człowiekiem, który po całym tygodniu harowania relaksował się z żoną w teatrze.

Powiedział, że kiedy w weekendy odreagowywał stres alkoholem, jego partnerka przez kilka kolejnych dni suszyła mu głowę: „A tak, proszę pana, idziemy na premierę, coś wspólnie przeżywamy, żona jest zachwycona” – wytłumaczył mi po jednym ze spektakli, w których grałem.

Teraz właśnie możemy zobaczyć Pana w warszawskim teatrze Studio Buffo w popularnej angielskiej farsie „Nikt nie jest doskonały”. Dobrze się Pan czuje w tego typu przedstawieniach?

Tak, choć muszę tu przyznać, że nie jest to prosty dla aktora gatunek. Łatwo w nim o przegięcie, nadmierne przerysowanie postaci i kiedy widzowi zostaje tylko nic nie wnoszący śmiech, można mówić o niepowodzeniu danej sztuki.

Publiczność nie jest głupia, swoje wie. Nie można jej nigdy oszukiwać. A w farsie od razu wiadomo, czy dany spektakl jest dobrej czy miernej jakości. Jeśli na sali panuje głucha cisza, nie ma żadnej reakcji, to mamy pewność, że coś jest nie tak.

Ta natychmiastowa weryfikacja pozwala sprawdzić jakość spektaklu, ale w przypadku tekstu Simona Williamsa nie mam żadnych obaw.

Dlaczego?

Jest świetnie napisany, a perypetie spotykające bohaterów mogły przydarzyć się każdemu z nas. To zabawna historia o samotnych ludziach szukających miłości, którzy wstydzą się okazywania swoich uczuć. W spektaklu gram rubasznego starszego pana, bardzo rozrywkowego zresztą. Dziadek Gus ciągle podrywa swoje rówieśniczki, a z drugiej strony narzeka na ich wiek. Czyli... samo życie!

Rozm. Artur Krasicki

Zdzisław Wardejn - personalia

Urodzony: 21 kwietnia 1940 roku w Warszawie.

Kariera: W 1961 roku ukończył studia na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, a w 1973 roku – na Wydziale Reżyserskim tej samej uczelni.

Aktor warszawskich teatrów: Narodowego, Ochoty, Nowego i Rozmaitości. Zagrał w wielu filmach i serialach (m.in. „Kogel-mogel”, „Ekstradycja”, „Druga szansa).

Życie na gorąco

Zobacz również

  • Zaangażowała się w kampanię społeczną Ogólnopolskiej Organizacji Kwiat Kobiecości, by ratować kobiety przed rakiem szyjki macicy. Tegoroczna akcja przebiega pod hasłem: „Wpadnij na... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.