Kategorie
Celebryci

Kuba Wojewódzki. Zostanie ojcem?

Czyżby dziennikarz cieszył się z porażki, jaką jego ukochana poniosła w show-biznesie, bowiem… było to częścią jego planu?

Gdy jego ukochana, modelka Renata Kaczoruk (30) zgłosiła się do telewizyjnego show Azja Express w TVN, Kuba Wojewódzki (53) mocno trzymał kciuki za jej karierę. Później, gdy Kaczoruk swoją postawą zraziła do siebie pozostałych uczestników programu oraz telewidzów, gwiazdor TVN z zaangażowaniem bronił swej partnerki przed krytyką w mediach oraz atakami w internecie. Na wiele to się jednak nie zdało: łatka wyniosłej, lekceważącej wszelkie zasady i opryskliwej „Żenulki” przylgnęła do niej na dobre.

Modelka długo robiła dobrą minę do złej gry, aż wreszcie oświadczyła, że ma dość show-biznesu i musi się od niego odciąć. Czy Kuba Wojewódzki uznał to za porażkę? Niekoniecznie. Jak podejrzewa zaprzyjaźniona z nim osoba, showman mógł w ten sposób realizować chytry plan.

– Musiał wiedzieć, że kamera obnaży trudny charakter Renaty i zaleje ją fala nienawiści – twierdzi nasz informator. – Może o to mu chodziło: zniechęcić ją do show-biznesu. Teraz będzie mu łatwiej namówić ją na dziecko. Ostatnie tygodnie para spędza w Brazylii. Czy wrócą już we troje?

Joanna Bondowska

Kategorie
Aktorzy

Anita Sokołowska: Cenię zwyczajne szczęście

Zaangażowała się w kampanię społeczną Ogólnopolskiej Organizacji Kwiat Kobiecości, by ratować kobiety przed rakiem szyjki macicy. Tegoroczna akcja przebiega pod hasłem: „Wpadnij na przegląd do ginekologa” i ma za zadanie przekonać panie do badań profilaktycznych.

tina: Zdarzyło się Pani odkładać wizytę u lekarza z miesiąca na miesiąc, bo nie było czasu?

Anita Sokołowska: Przyznaję: dopiero będąc w ciąży, poczułam, co znaczy regularność badań i odtąd staram się tego pilnować – dla siebie, dziecka i rodziny, bo własne zdrowie to także ich sprawa, nie tylko moja. Dziś wiem, że warto, mimo nawału obowiązków, poświęcić dla siebie ten czas, choćby raz w roku.

To ważne! Tym bardziej, że rak szyjki macicy jest chorobą w pełni uleczalną, o ile zostanie w porę wykryty, co gwarantują systematyczne badania. I taka jest właśnie idea akcji, by mówić o tym wszem i wobec, uświadamiać, przypominać. Zapobiegać każdej możliwej tragedii, dopóki jest czas.

Jak zamierza Pani to robić razem z innymi ambasadorkami akcji?

Po inauguracji w Warszawie 21-22 stycznia ruszamy w Polskę na spotkania, prelekcje i rozmowy z kobietami. Odwiedzimy też szkoły, przeprowadzimy wykłady na temat zdrowia.

Rozdamy zaproszenia na bezpłatne badania cytologiczne, co stanowi konkretną pomoc, zwłaszcza dla młodych dziewcząt, które nie wiedzą, dokąd pójść, bądź trudno im się zdecydować. Wierzę, że przykład osób, które znają z ekranu, zachęci je do walki o swoje zdrowie i życie.

Która z serialowych postaci: doktor Lena Starska z „Na dobre i na złe” czy też Zuza z „Przyjaciółek” jest Pani bliższa?

Może jestem gdzieś pośrodku. Na pewno różnię się od Zuzy – jej sposobu życia, bycia, pracy, stylu ubierania. Początkowo denerwowała mnie wręcz tak, że trudno mi było ją grać!

Uważałam, że takich kobiet jak ona nie ma – zdeklarowanych singielek, pracoholiczek, zawsze nienagannie eleganckich, na szpilkach… „Ugryzłam” ją więc lekko komediowo i to sprawiło, że stała się strawna dla mnie, zaś ludzie też ją kupili.

A Lena? Wiadomo – jest mądra, ciepła, kochająca… Może trochę tych jej cech w sobie mam? (uśmiech).

Podobno prywatnie jest Pani osobą nieśmiałą.

Bardzo! Przeżyłam już trochę lat, spotkałam po drodze ileś tam osób, powinnam więc uodpornić się na nowe znajomości, relacje. Tymczasem do dziś, jeśli mam wejść w towarzystwo, którego nie znam, zamieniam się w małą dziewczynkę, która siedzi sobie w kąciku i marzy o tym, by nikt jej o nic nie spytał… Ten typ tak ma (uśmiech).

Ale ta „dziewczynka” potrafi zmieniać się na macie w… Bruce’a Lee, mistrza kung-fu!

No bez przesady! (śmiech) Mistrza to może nie, natomiast rzeczywiście, od pewnego czasu trenuję ten sport. Po części z troski o własną kondycję, a trochę za namową mojego Bartka, który ćwiczy od dawna (Bartosz Frąckowiak to partner aktorki, reżyser teatralny – przyp. red.). Fajnie mieć w związku wspólne pasje. Robić coś razem, porozmawiać o tym, zwłaszcza że kung-fu to nie tylko ruch, lecz także filozofia i tryb życia, który nam odpowiada.

Pracujecie Państwo razem?

Poznaliśmy się w pracy. Potem tak się złożyło, że Bartek dostał propozycję objęcia funkcji wicedyrektora Teatru Polskiego w Bydgoszczy, którego byłam aktorką; w sumie zrobiliśmy wspólnie trzy spektakle. Ale mamy również odrębne obszary zawodowe – i tego też nam potrzeba.

„Oczkiem w głowie” mamusi i tatusia jest mały Antoś?

Staramy się, żeby nie wyrósł na egoistę, ale oczywiście, stanowi centrum naszego świata, największy skarb i szczęście, jakie mogło się nam przytrafić. Jest bardzo energicznym chłopcem, wszędzie go pełno, ale cóż? W końcu ma po kim – oboje: mama i tata charakterni (śmiech).

Próbuję uczyć go dobrych manier, mówienia „proszę”, „dziękuję”. Niedawno znajomy pan doktor powiedział w gabi necie, że tak dobrze ułożonego dziecka dawno nie widział. No, niechby go jednak zobaczył w domu!… (śmiech).

Czy to dla Antka nauczyła się Pani gotować? Zwłaszcza jego ulubioną zupę ogórkową?

Rzeczywiście, uwielbia ogórkową, aczkolwiek ostatnio przerzucił się na pomidorówkę. Natomiast nie jest prawdą to, że wcześniej nie gotowałam. To właśnie teraz, odkąd mam dziecko, staram się nie tracić za dużo czasu na stanie przy garach. Wolę poczytać synkowi książkę i poukładać z nim klocki. Myślę, że większa z tego korzyść niż z ciągłej krzątaniny w kuchni i odsyłania malucha przed telewizor.

Planujecie powiększyć rodzinę?

Zostawiam to swojemu biegowi. Nie mówię tak, nie mówię nie…W życiu nie da się ułożyć wszystkiego od A do Z.

Słyszałam, że jest Pani pasjonatką narciarstwa…

Udało się nam z Bartkiem wyrwać tuż przed świętami na kilka dni na lodowiec. Lepszych nart w życiu nie miałam: pogoda, słońce, świetnie przygotowane stoki, mało ludzi. Przez pierwszy dzień szaleliśmy w zachwycie, bez tchu!

Jakieś marzenia na nowy rok?

Na pewno przyjemność sprawiłaby mi daleka wyprawa we troje, na inny kontynent. Ale jeśli się nie uda, może być bliżej i na krócej. Nie mam specjalnych wymagań od losu. Nie szukam wspaniałości, ekstremalnych doznań. Oglądam się za codziennym szczęściem w gronie rodziny – razem, w zgodzie i w zdrowiu.

Kategorie
Celebryci Znane osoby

Martyna Wojciechowska. Jedyny, co ją udomowił

Różni mężczyźni się jej oświadczali i obiecywali złote góry.

Poznali się w 2007 roku podczas wyprawy do Egiptu. Wtedy to Martynę Wojciechowską (42), dziennikarkę i zapaloną podróżniczkę, zafascynował Jerzy Błaszczyk (†46), skromny informatyk, a jednocześnie rekordzista Polski w nurkowaniu. Ona przygotowywała reportaż dla swojego pisma, którego bohaterem miał być właśnie on.

Zawsze miała słabość do silnych i zdecydowanych mężczyzn. Taki był właśnie Jerzy Błaszczyk. Podczas wyprawy robił wszystko to, o czym ona nie zdążyła nawet jeszcze pomyśleć. I tym ją ujął. – Niczego mi nie obiecywał poza poszukiwaniem wrażeń – wspomina. – Nawet nie próbował mnie poderwać! A przecież wielokrotnie mężczyźni się jej oświadczali, obiecywali przysłowiowe złote góry. Ona jednak nigdy nie chciała, by mężczyzna cokolwiek jej zapewniał.

To ona miała naturę zdobywcy

– Mnie się nie bierze – protestowała. – To ja decyduję, z kim chcę być! Tak została wychowana przez rodziców, którzy dawali jej mnóstwo miłości i akceptacji. Zawsze też mieli do niej ogromne zaufanie i nie krytykowali jej decyzji. Mimo że jako nastolatka przeżywała okres buntu i uważała, że nikt jej nie rozumie. To były początki jej ucieczek, które przekształciły się w późniejsze podróże na krańce świata. Odkąd pojawiła się na szklanym ekranie, budziła emocje.

Jej programy odnosiły sukcesy, ale ona płaciła za te sukcesy bardzo wysoką cenę. W 2004 roku podczas wyprawy do Islandii w wypadku samochodowym złamała kręgosłup. Jej kolega operator zginął. Bardzo długo dochodziła do zdrowia, musiała przejść kilka skomplikowanych operacji. W 2011 roku zapadła na ciężką chorobę tropikalną, której nawrót nastąpił niedawno.

Nigdy jednak nie narzekała na los, bo uważała, że te doświadczenia wzmacniają jej charakter

– Gdyby nie te przejścia, nie byłabym dzisiaj tym, kim jestem. Nas kształtują kolejne doświadczenia i wspomnienia – podsumowywała. Wiedziała, że żadna miłość nie zatrzyma jej w domu. Tłumaczyła, że jest odważna i szuka odwagi także u innych. Zainteresowanie panów towarzyszyło jej zawsze, tym bardziej że miała z nimi świetny kontakt. Nie narzekała na możliwość wyboru, a dla mężczyzn bywała kumplem, przyjaciółką, powierniczką. Przez 4 lata była związana z pewnym znanym biznesmenem. Potem miała romans z właścicielem kwiaciarni z Krakowa.

Fakt, że oboje pasjonowali się dalekimi podróżami, to było jednak za mało, żeby planować wspólne życie. I wtedy pojawił się Jerzy Błaszczyk. Po powrocie z Egiptu zostali parą. Ona nie ukrywała radości, bo przecież zawsze chciała mieć rodzinę, która stanie się dla niej swoistą bazą. Marzyła, że nadal będzie żeglować po morzach, a potem stęskniona wracać na rodzinną wyspę. – Myślę, że każdy z nas powinien żyć tak, jak czuje, że jest mu dobrze – tłumaczyła dziennikarka. W kwietniu 2008 roku parze urodziła się córeczka Marysia.

– Na pierwszej wyprawie po urodzeniu dziecka uświadomiłam sobie, że jestem w tym momencie przede wszystkim mamą – przyznała wówczas Martyna Wojciechowska. Dlatego ograniczyła szalone plany. Nie wspinała się już na ośmiotysięczniki, nie ryzykowała życiem. Zamiast tego z zapałem… prasowała koszule ukochanego mężczyzny. Za to on coraz częściej jeździł na wyprawy, gdyż męczył się w czterech ścianach. Kawę z ulubionego kubka pani Martyna musiała pić sama, w pojedynkę dźwigała ciężar obowiązków.

To był początek kryzysu w ich związku

– Trudno im będzie go pokonać – martwił się jeden z ich wspólnych znajomych. – Szkoda, bo oni idealnie pasują do siebie. Wkrótce Jerzy Błaszczyk wyprowadził się z jej domu w Puszczy Kampinoskiej. Wspólnie czas spędzali tylko z córką. Gdy pani Martyna zdała pierwsze poważne egzaminy z macierzyństwa, los wystawił ją na kolejne próby. Najtrudniejszym momentem w jej życiu było przekazanie córce wiadomości o śmierci ojca. Jerzy Błaszczyk zmarł w lutym 2016 roku, przegrał z chorobą nowotworową.

– Zawsze radziłam sobie z panowaniem nad emocjami – zdradza podróżniczka. – To był pierwszy raz, kiedy płakałam przy Marysi jak nigdy wcześniej… Po tragicznym odejściu Jerzego Błaszczyka straciła nadzieję na to, że znajdzie jeszcze mężczyznę, który będzie dla niej oparciem. Zwątpiła, że ktoś taki się pojawi. Narzekała, że chyba nie nadaje się do życia w parze. Ale przed rokiem, ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, poznała pewnego interesującego ratownika medycznego, członka beskidzkiej grupy GOPR. Znalazła w nim bratnią duszę…