Kategorie
Aktorzy

Andrzej Młynarczyk. Biblia to dla mnie fascynują ca lektura

Gdy po ukończeniu liceum opuszczał rodzinny dom w Krakowie, mama dała mu łańcuszek z krzyżykiem. To dla niego był ważny życiowy drogowskaz.

Podziwia rodziców, którzy przeżyli ze sobą już tyle lat i ciągle się kochają. – Tata wracając do domu, nadal kupuje mamie kwiaty – mówi Andrzej Młynarczyk (36). On sam długo czekał na tę jedyną. Dziś jest zakochany, ale nie chce mówić o swoim życiu prywatnym.

Od jakiegoś czasu otwarcie opowiadasz o wierze.

Tęsknota za Panem Bogiem jest od zawsze wpisana w naturę człowieka. Ta tęsknota to jedno z najpiękniejszych uczuć, jakie nam dano. Biblię uważam za fascynującą lekturę, często zaglądam do tej księgi. A rozmowy o sprawach wiary są dla mnie wielką przyjemnością.

Twoja religijność często wystawiana jest na próbę?

Raczej wiara. A że lubię się sprawdzać, to przyjmuję każdą próbę jako wyzwanie.

Koledzy aktorzy nie patrzą na Ciebie z przymrużeniem oka?

Wbrew pozorom nie jest tak źle. Wielu z nich mocno wierzy w Pana Boga, ma bardzo dużą potrzebę miłości i chęć niesienia pomocy, dzielenia się dobrem. Oczywiście są tacy, którzy nie przyznają się do swojej wiary, gdyż boją się odrzucenia i narażenia na śmieszność. Trzeba to zrozumieć. My aktorzy w dużym stopniu jesteśmy zależni od innych, a nasze losy często współgrają z obecną modą. Dzisiejsza nie sprzyja, by mówić otwarcie o swojej wierze.

Uważasz, że to się zmieni?

Tak i nie dlatego, że mody przemijają, bo są niestałe i kruche. Ale dlatego, że wierzę w prawdę, a Bóg jest najważniejszy. W ludziach fascynuje mnie ich wewnętrzna przemiana, to, że potrafią odrodzić się, powstać niczym Feniks z popiołów. Dla mnie najpiękniejsze są  odrodzenia, które pozwalają iść własną ścieżką bez lęku i bez strachu.

Słyszałem, że dość często jeździsz do USA, gdzie poznałeś niezwykłych duchownych.

W ubiegłym roku byłem na pielgrzymce w Pensylwanii, gdzie znajduje się tzw. amerykańska Częstochowa, czyli Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej z repliką słynnego obrazu. Zaprzyjaźniłem się z ojcami franciszkanami z nowojorskiego Bronxu.

Czy to Ci słynni Bracia z Bronxu, o których napisano też książkę?

Tak, nowa gałąź zakonu Franciszkanów. Ich celem jest praca wśród ludzi zepchniętych na margines życia społecznego: bezdomnych, narkomanów, przestępców i prostytutek. Rozmawiając z nimi, mogłem poznać ich osobiste historie. To ludzie, którzy zanim zostali zakonnikami, przeszli wiele złego, jak i dobrego. Wśród nich jest dawny miliarder, hazardzista czy znany jazzman. Jest też Polak. Ich historie i praca, którą wykonują, nadawałyby się na kilka hitów filmowych w Hollywood.

Mówi się o Tobie „jeden z najprzystojniejszych aktorów”. Uroda Ci pomaga?

W większości przypadków pomaga, choć zdarzyło mi się, że nie zagrałem w jednej z produkcji właśnie z jej powodu. „Jest pan za ładny, za krystaliczny, za czysty. Powinien się pan jakoś ubrudzić” – usłyszałem od jednego z reżyserów. Wierzę, że otrzymując takie przyzwolenie, łatwo wpaść w złe towarzystwo i popłynąć w niebezpiecznym kierunku.

W środowisku aktorskim nie jest to chyba trudne?

Nie widzę specjalnego zepsucia, upadku obyczajów i braku moralności u osób z mojej branży. Z ludźmi, z którymi ja się spotykam, wszystko jest w porządku. Trzymają się trwałych zasad. Pomagają innym i są bardzo oddani pracy.

Rozmawiał: Artur Krasicki

Kategorie
Aktorzy

Marcin Daniec. Jestem najlepszym tatą na świecie! Mężem też…

Talent do bawienia innych odziedziczył po mamie. Od lat ciągle w drodze, bo publiczność wciąż go kocha. Prywatnie kochający mąż i oddany ojciec.

Naprawdę trudno umówić się z nim na wywiad, bo kalendarz Marcina Dańca (59) wypełniony jest po brzegi. A kiedy ma wolne, zaszywa się w rodzinnym Krakowie, w którym woli spędzić czas z rodziną: żoną i córeczką Wiktorią (9). Rozmawiamy więc na raty, poważnie i na wesoło, o życiu, o scenie. Bo on jest wciąż zabiegany i wciąż ma w życiu „kocioł”.

Od 38 lat zawodowo rozśmiesza pan ludzi. Czy dziś śmieszy to samo co kiedyś?

Kiedyś publiczność najbardziej lubiła żarty z polityków. „Dowalenie komuchom” było celem każdego satyryka. Na drugim miejscu w „tabeli” byli milicjanci. A dziś ludzie chętnie śmieją się z księdza, brata, szwagra albo sąsiada. Z siebie…rzadziej! A najbardziej bawi ich kabaret „Panocków z góry”!

A trudniej jest dziś rozśmieszyć publiczność?

Jeśli wybierasz elegancki pastisz, nie używasz nazwisk, nikogo nie obrażasz, a publiczność „pracuje” na podobnych falach, to nie jest trudno…

Ale żart polityczny w dzisiejszych czasach, mam wrażenie, dzieli publiczność.

Uważam, że artyści powinni być neutralni. Zarówno w życiu, jak i na scenie jestem zawsze obiektywny! Dostaje się sprawiedliwie każdej opcji politycznej. Tym bardziej, że nie byłem i nie jestem przez nikogo sponsorowany! Podczas moich recitali śmiech dociera od całej widowni, a nie z poszczególnych jej zakamarków…

A jest coś, co dziś śmieszy pana najbardziej?

Od zawsze bawiła mnie sztuczność i to właśnie z niej sobie dworowałem. Od dziecka parodiowałem też tych, którzy najpierw mocno się nadymali, a potem nic z tego nadęcia nie wychodziło!

Nie wiem czy ktoś panu już to mówił, ale ma pan coś takiego w sobie, że człowiek tylko spojrzy, a uśmiech sam się pojawia. Pana oczy się nie starzeją i wciąż mówią: chętnie bym coś nabroił.

Stawia mnie pani w trudnej sytuacji, bo jeśli ochoczo zgodzę się z panią, to wyjdzie, że jestem nieskromny. Jednak – żeby nie wyszło na to, że występuję na scenie przypadkowo – muszę się przyznać, że od najmłodszych lat wiedziałem, że mam łatwość przedstawiania świata w krzywym zwierciadle.

A te zdolności ma pan po…

Moja śp. mamusia miała rewelacyjną zdolność narracji. Żadna impreza nie mogła się odbyć bez… Haneczki. Gdyby nie trudna sytuacja rodzinna, na pewno zdawałaby do szkoły teatralnej.

Prywatnie jest pan pogodnym człowiekiem?

Mogę zdecydowanie potwierdzić, że na scenie nie muszę niczego udawać! Ale nie mam obsesji, by ciągle być wesołym.

Najśmieszniejsza historia, która zdarzyła się panu w ostatnim czasie?

Góral, który podaje orczyki na Kotelnicy, powiedział mi: „Panie Marcinie, na scenie lepi nis na stoku”!

Córka Wiktoria poszła w pana ślady?

Wikusia ma ogromną lekkość opowiadania. Nie peszą jej występy, nawet przed dużą widownią. Świetnie śpiewa i uwielbia zajęcia teatralne. Teraz ma przed sobą 6 spektakli w Szopce Szkolnej. Po udanych eliminacjach będzie reprezentować szkołę w eliminacjach Festiwalu Piosenki Angielskiej. Śpiewa piosenkę, którą miała zaszczyt śpiewać przed swoim idolem, Michałem Szpakiem.

Jakim jest pan tatą?

Odpowiem anegdotę. Natychmiast po występie w Kabaretonie na Sopot Hit Festiwal, a przed… bankietem, wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do Krakowa! Nasza córka Wiktoria na drugi dzień rano miała zawody pływackie. Panie z basenu powiedziały, że telewizja kłamie, bo kilka godzin temu widziały mnie na ekranie, a w narożniku ekranu było: „na żywo”. Wikusia zdobyła trzy medale! Powiedziała mi wtedy: Jesteś najlepszym tatą na świecie!

W takim razie jakim pan jest mężem?

Żona twierdzi, że jestem najlepszym mężem na świecie!

Potrafi pan zdenerwować żonę? Trudno nawet to sobie wyobrazić w pana wykonaniu.

Bardzo rzadko się kłócimy. Żonie przechodzi szybko, mnie kilkanaście minut później…

A kiedy pan nabroi, to co wtedy? Jest jakiś pana sposób, by wyjść cało?

Dojrzały facet, który kocha rodzinę, nie broi!

O różnicę wieku między panem a żoną nie zapytam, bo podobno nie lubi pan tego pytania…

U nas nie ma żadnej różnicy wieku!

A jakim jest pan dziadkiem? Cztery lata temu pańska starsza córka urodziła córeczkę Julię.

W skali szkolnej oceniam siebie na piątkę.

Zatem: mąż, tata, dziadek. Proszę się przyznać, w której roli czuje się pan najlepiej?

W każdej, ponieważ nie jestem egoistą (!!!). Mam też sporą umiejętność asymilacji.

Rodzina przyzwyczaiła się do pana trybu życia… na walizkach, bo przecież kabareciarze wciąż gdzieś podróżują…

Podróżują konduktorzy, kiero- wnicy pociągów, piloci, menedże- rowie, taksówkarze, akwizytorzy, kierowcy tirów, marynarze…

Dość, dość…

I okazuje się, że podróżują tak naprawdę wszyscy. To cudowne, że widzowie ciągle przychodzą na moje występy! Jednak pamiętam o tym, że nie można występować przez 365 dni w roku!

To teraz jeszcze zapytam o wiek, jeśli mogę, bo w tym roku skończy pan 60 lat. Nie boi się panu tego wieku?

Wkurzyłem się teraz na panią, za użycie słowa „boi”! Przecież mam teraz kilka miesięcy więcej, niż miałem w zeszłym roku!

To cofam pytanie i coś przyjemniejszego. Wiem, że pan bardzo dużo udziela się charytatywnie.

Biorę udział w kilkudziesięciu akcjach charytatywnych każdego roku. Od 1 stycznia zaliczyłem już cztery takie działania, ale… nie będę się rozgadywał, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się chwalę…

To jest piękne co pan robi. Wszyscy znają Marcina Dańca wesołka, a pan ma do tego dobre serce! I jeszcze świetnie pan wygląda. Jaka jest recepta na długowieczność?

Potrafi pani jednak wkurzyć! Co to znaczy długowieczność? Dobrze, że dodała pani to „świetnie wygląda”. A teraz poważnie: trzeba mieć dla kogo żyć, uprawiać sport, porządnie się wysypiać i zakładać codziennie dwie pary różowych okularów.

Pana życiowe motto?

„Z samych siebie się śmiejecie” – to z Gogola. Zaś moje: „Nie można prześmiać całego życia”. Aleksandra Jarosz

Kategorie
Aktorzy

Anna Guzik. Zrezygnowała z pracy dla dobra bliźniaczek

Wbrew temu, co można było jeszcze kilka tygodni temu przeczytać w kobiecych magazynach, spodziewająca się bliźniaczek Anna Guzik (39) nie zamierza pracować aż do porodu. Aktorka będąca w szóstym miesiącu ciąży niedawno zrezygnowała z prowadzenia programu kulinarnego w Polsat Cafe „Grzeszki na widelcu”. W tej roli ma ją zastąpić znana z serialu „Ranczo” Elżbieta Romanowska (32). Zdjęcia z nią już się rozpoczęły.

– Ani oferowano elastyczne godziny nagrań, tak, by jak najmniej odczuła trudy pracy, ale ona wolała nie ryzykować. Podjęła decyzję, że teraz chce odpoczywać, tym bardziej że źle się czuła. Zbyt długo czekała na dziecko – zdradziła znajoma aktorki. Ania chciała zostać mamą, odkąd poznała przystojnego instruktora narciarstwa Wojtka Tylkę , którego poślubiła dwa lata temu.

Niestety, miała pewne problemy. Martwiła się nawet, że nigdy nie dane jej będzie poznać radości płynącej z macierzyństwa. Na szczęście los się odwrócił i już na wiosnę Ania zostanie mamą dwóch córeczek. Do tego czasu zamierza się wyciszyć i przygotować do najważniejszej roli w życiu – roli mamy.

Kategorie
Aktorzy

Aleksandra i Michał Żebrowscy. Żona będzie pracować w domu

O ukochanej mówi, że jest piękna, mądra i dobro rodziny stawia na pierwszym miejscu. Teraz aktor mocno trzyma kciuki za jej nowe plany.

Kiedy byłam nastolatką, miałam różne pomysły na życie. Z jednej strony marzyłam, by zostać mamą i zajmować się tylko domem. Z drugiej chciałam odnieść sukces jako bizneswoman – wyznała ostatnio Aleksandra Żebrowska (29). Pierwsze marzenie już spełniła. Od siedmiu lat jest szczęśliwą żoną aktora Michała Żebrowskiego (44) i mamą dwóch chłopców: 6-letniego Franciszka oraz 3-letniego Henryka. Teraz przyszła pora na realizację drugiego marzenia. Pod koniec ubiegłego roku żona aktora stworzyła swój mały biznes. – Zainspirowały mnie moje doświadczenia związane z urodzeniem dzieci. Zaprojektowałam specjalne akcesoria z delikatnych, naturalnych tkanin dla kobiet w ciąży i nowo narodzonych niemowlaków. Myślałam nie tylko o dziecku, które przychodzi na świat, ale też o kobiecie.

By nie rodziła w starym podkoszulku męża czy koszuli nocnej o rozmiarze XXL, ale by miała komfortowy strój i czuła się dobrze zarówno jako mama, jak i kobieta – wyjaśnia Ola na stronie internetowej swojej firmy. Do tej pory zajmowała się głównie domem i wychowywaniem synów. Kiedy 6 lat temu Michał Żebrowski otworzył swój prywatny teatr, od czasu do czasu angażowała się w pomoc mężowi, zajmując się marketingiem. Teraz kiedy Teatr 6.piętro już zdobył renomę, a dzieci są coraz starsze, Ola zapragnęła robić coś swojego. Na cześć ukochanych synów firmę nazwała Francis&Henry.; Sama zaprojektowała logo i inne detale, bo zawsze lubiła rysować i ma w tej dziedzinie spory talent. Jeszcze jeden aspekt przedsięwzięcia jest bardzo ważny. Nie ucierpi życie rodzinne, bo żona aktora będzie pracować w domu. Michał Żebrowski całym sercem kibicuje pomysłom Oli.

Dla niego praca jest wielką pasją, dlatego rozumie ambicje ukochanej

A jednocześnie wyznaje tradycyjne wartości i chce by dom był prawdziwym domem. – Jestem rodzinnym człowiekiem. To rodzina daje mi siłę i napęd do codziennego działania – mówi aktor. Cieszy go, że Ola nie poszła do pracy w jakieś korporacji, tylko biuro założyła w domu, a jej sklep działa w internecie. Komputer sprawia, że może pracować wszędzie. – Dzięki temu projektowi będę mogła spędzać dużo czasu z chłopcami w domu, a jednocześnie realizować swoje marzenia i pasje – mówi Ola. Dla Michała to, że żona cały czas będzie opiekować się synami, jest bardzo ważne. Choć sam miał szczęśliwe dzieciństwo, pamięta, że często biegał z kluczem na szyi, bo oboje rodzice byli bardzo zapracowani. Mama aktora jest lekarzem. Przez lata pełniła funkcję ordynatora na oddziale noworodków w warszawskim Szpitalu Przemienienia Pańskiego. Kiedy aktor sam został ojcem, jak najwięcej czasu stara się spędzać z rodziną. Tak planuje pracę w teatrze, by zarówno on, jak i inni członkowie zespołu mieli czas na zasłużony urlop i rodzinne wyjazdy.

– Co ciekawe, zdecydowana większość zespołu to kobiety. Część z nich to pracujące matki, które bardzo podziwiam. Za ich motywację, umiejętność szybkiego i sprawnego załatwiania spraw, by potem biec do domu – mówi Żebrowski. Michał z rodziną najchętniej każdą wolną chwilę spędza w swoim domu w górach. Zimą organizuje dla Franka i Henia kuligi, uczy ich jeździć na nartach. Latem i jesienią razem chodzą na grzyby, łowią ryby w strumieniu, wspinają się po górach. – Największą przyjemność daje mi czas spędzony we czwórkę. Lubimy z mężem słuchać rozmów chłopców odzwierciedlających świat, który tylko dzieci są w stanie stworzyć. Czy to jest wycieczka, czy zabawa klockami lego w domu. Już wiem, że będzie mi tego bardzo brakowało, kiedy chłopcy dorosną – wyznaje Ola.

Dlatego poważnie myśli o jeszcze jednym dziecku

W tym roku skończy dopiero 30 lat. Sama pochodzi z wielodzietnej rodziny. Jest najstarszą z ośmiorga rodzeństwa. Ma 6 sióstr i brata, z którymi jest blisko związana. Z jej najmłodszą siostrą bardzo zżyty jest także pierworodny syn Oli. Dlaczego? – Franciszek jest pół roku starszy od mojej najmłodszej siostry Zuzi. Prawie równocześnie moja mama i ja byłyśmy w ciąży. Zuzia to najlepsza przyjaciółka Frania, a jednocześnie jego ciocia – śmieje się żona aktora. Jej mama i siostry wspierają plany Oli, zarówno te biznesowe, jak i dotyczące kolejnego potomka.

Pobrali się w 2009 roku. Sakramentalne tak powiedzieli sobie w kapliczce ośrodka rekolekcyjnego Matki Bożej z Gór na polanie Rynias, niedaleko ich domu. – Ola to piękna i mądra kobieta – mówi aktor o żonie.

Kategorie
Aktorzy Uncategorized

Danuta Stenka. Z każdym dniem doceniam męża coraz bardziej

Wsparcie ukochanego męża, które otrzymywała przez całe życie, jeszcze nigdy nie było jej tak potrzebne, jak w ostatnim roku.

Jest przyjacielem, świetnym człowiekiem, który sprawdził się w bardzo trudnych dla mnie sytuacjach. Jeżeli dana mi będzie w życiu starość, to widzę go przy sobie i wtedy robi mi się ciepło na duszy – wyznała Danuta Stenka (55) w najnowszym wywiadzie dla magazynu „Pani”. Te poruszające słowa aktorki mówią o ostatnich, trudnych miesiącach, kiedy gwiazda zmagała się z problemami ze zdrowiem.

Danuta poczuła się gorzej rok temu. Musiała prosić o zastępstwo w „Kordianie” wystawianym od grudnia 2015 roku w Teatrze Narodowym, w którym pracuje. Aktorka była nieobecna przez kilka tygodni, kiedy musiała skupić się na odzyskaniu zdrowia. Do Stenki wróciły wtedy opowieści o heroicznej walce babci z nowotworem, które pamięta do dziś z przekazów mamy.

Niestety, seniorka rodu zmarła rok przed narodzinami Danusi. Doświadczenia z chorobą miała też mama aktorki. Wtedy, mieszkająca już w Warszawie artystka, zabrała ją do stolicy, zapewniła dostęp do najlepszych specjalistów. Kuracja farmakologiczna była tak ciężka, że matka gwiazdy przeszła na emeryturę. Na szczęście udało się pokonać wroga.

Ta myśl podtrzymywała aktorkę na duchu, kiedy w ostatnim roku sama stanęła w obliczu kłopotów ze zdrowiem. Otrzymała wtedy ogromne wsparcie od kolegów z teatru. Po raz kolejny przekonała się też, jak w trudnych chwilach ważna jest rodzina, i że jest żoną niezwykłego człowieka.

– W ostatnim roku dużo więcej czasu niż kiedyś spędziłam w domu. I jest mi z tym bardzo dobrze. Im dalej w las, tym bardziej jestem szczęśliwa, że moim mężem jest mój mąż – wyznaje.

Janusz Grzelak, z którym w wkrótce będą obchodzić 29. rocznicę ślubu, wiele razy udowadniał, że Danuta zawsze może na niego liczyć. Czasem próby dla ich związku była trwająca ponad trzy lata depresja gwiazdy. – Mnie się wydawało, że to jest tylko bezsenność, przepracowanie, przemęczenie i że już kolejna noc będzie tą, podczas której przyjdzie sen.

Budziłam się jednak po 3 godzinach i płakałam z bezsilności, bo wiedziałam, że rano muszę wyruszyć do pracy. Mój mąż próbował mnie uspokoić, ukołysać do snu. Rano, zanim otworzyłam oczy, chciało mi się wyć. Jakbym straciła sens życia. Smutek się nasilał, czułam, jak spadam na dno – wspomina gwiazda.

Na szczęście aktorce dzięki troskliwej opiece Janusza i profesjonalnej terapii udało się pokonać depresję. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, docenia męża. Przede wszystkim to, że przejmując na siebie obowiązki związane z domem i wychowaniem dwóch córek pozwolił jej rozwijać własną karierę. Mąż Stenki z wykształcenia też jest aktorem.

– Kiedy Danusia zaczęła grać w Teatrze Dramatycznym w Warszawie i okazało się, że nie bardzo nas stać na wynajęcie mieszkania dla niej, utrzymanie naszego poznańskiego i dojazdy, postanowiłem zmienić zawód, poprawić standard życia „poza granicami kultury” i dać szansę jej. Okazuje się, że było warto – opowiadał Janusz.

Grzelak został doradcą finansowym i bardzo dobrze radzi sobie w swojej branży. Kiedy na świat przyszły córki: Paulina (24), a później Wiktoria (19), to on przejął nad nimi opiekę. – Jeżeli chodzi o czas, Danusia jest mamą niedzielną – mawiał. Aktorka żałuje, że nie było jej w życiu dzieci, zwłaszcza, kiedy były małe.

– Czas tak szybko minął i już nie wróci – wyznaje dziś ze smutkiem. Mąż odwoził dziewczynki do szkoły, na zajęcia dodatkowe, a kiedy wracały do domu, ich mama była już w teatrze. Tym bardziej jest Januszowi wdzięczna. – Lekcja, którą daje mi mąż: kochać kogoś to pozwolić mu żyć jego własnym życiem. Tak jak on pozwala mnie. Nie każe mi dokonywać wyborów pod swoje dyktando. Uczę się tego od niego – opowiadała.

 

W domu pomagała jej również mama Janusza, która zajmowała się przygotowywaniem posiłków na co dzień. Początki znajomości Danuty i Janusza nie zapowiadały długiego i szczęśliwego związku. Poznali się w pubie w Toruniu, do którego przyjechała na festiwal jako aktorka teatru szczecińskiego. On już tam siedział, kiedy weszła.

– Kolega, z którym przyszłam, przedstawił nas sobie. Janusz po 15 minutach zaproponował mi wspólny wyjazd na wakacje. Wyglądał jak chłopię z 10 lat ode mnie młodsze. Pomyślałam: „I cóż ty, synku, sobie wyobrażasz, że tak zarządzasz moim życiem?!”. Drażniła mnie ta jego natarczywość. Krępowała. Wpadł mi w oko, dlatego mnie wkurzał, że tak sobie swobodnie poczyna – wspominała Stenka.

Jej przyszły mąż w jednej chwili zrozumiał, że spotkał kobietę, która zostanie jego żoną. Do celu dążył uparcie i z determinacją, nie zważając na zamiłowanie Danusi do flirtowania z innymi. W końcu skradł jej serce. Najpierw wzięli ślub cywilny, a w październiku 1989 roku kościelny.

– Wierzę, że zostaliśmy wymyśleni dla siebie. Dwie połówki jabłka, które miały się spotkać – mówi aktorka. Miniony rok był dla niej bardzo trudny. Po powrocie do zdrowia, choć wychudzona, znowu występuje na deskach w niezwykle wyczerpującej, wspaniałej roli w „Matce Courage i jej dzieciach”.

Na początku lutego zagra też monodram „Koncert życzeń” w teatrze Warlikowskiego. Docenia każdą chwilę, uważa, że każdy z nas ma swojego anioła stróża, ale z rezerwą mówi o przyszłości. – Nie składam sobie żadnych obietnic, nie rozliczam się z poprzedniego roku i nie przyrzekam niczego na kolejny – wyznaje.

Kategorie
Aktorzy Celebryci

Weronika Rosati. Miłość na zakręcie?

Posępne miny i dystans towarzyszyły Weronice i jej partnerowi w dniu urodzin aktorki. Czy ich uczucie gaśnie?

Ten dzień był dla Weroniki Rosati wyjątkowo ważny. 9 stycznia gwiazda kończyła 33 lata. Jednak na swoim Instagramie nie pochwaliła się zdjęciami z romantycznej kolacji ani bukietem pięknych kwiatów, jak to wcześniej miała w zwyczaju. Wrzuciła jedynie zdjęcie swojej wielkiej idolki, Elizabeth Taylor.

W tym dniu aktorka i jej ukochany, wybitny chirurg i ortopeda Robert Śmigielski (50), odwiedzili cukiernię. Ale trudno było doszukać się na ich twarzach radości z przeżywania osobistego święta Weroniki. Doktor kupił słodkości, a potem para w minorowym nastroju i z wyczuwalnym dystansem ruszyła przed siebie.

Pierwsze sygnały, że związek Weroniki i Roberta, których dzieli 18 lat różnicy, nie będzie należał do łatwych, pojawiły się już jesienią zeszłego roku. Wówczas paparazzi przyłapali parę na ulicy podczas kłótni. Wkrótce potem, w listopadzie, podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Camerimage w Bydgoszczy fotoreporterzy uchwycili wyraźnie niezadowoloną aktorkę u boku partnera. Para prawie nie odezwała się do siebie do końca imprezy.

– Weronika nie jest łatwa we współżyciu. Przywykła do ciągłej atencji i adoracji. Źle znosi, kiedy po jakimś czasie przychodzi codzienność i motyle ulatują z brzucha – opowiada koleżanka Rosati.

Znajomi aktorki od początku zwracali uwagę, że związek z mężczyzną z takim bagażem doświadczeń ma nikłe szanse na powodzenie. Śmigielski jest ojcem czwórki dorosłych dzieci, rozwiódł się z żoną zaraz po tym, jak zauroczyła go młoda gwiazda.

Jako lekarzowi trudno mu zrozumieć show-biznes, w którym Weronika czuje się jak ryba w wodzie. Jest onieśmielony uwagą mediów oraz szumem wokół siebie i ukochanej. Trudno jest pogodzić ze sobą dwa tak różne światy.

 

– Czuję się średnio z tym zainteresowaniem. Moja praca nie jest pracą pierwszego planu. Wybrałem inną drogę życia. Mam zajmować się ludźmi, którzy tego potrzebują i to jest mój cel. Wolałbym być w cieniu – tłumaczył ortopeda.

Tymczasem dla Rosati życie w blasku fleszy to konieczność. Wszystkie najważniejsze wydarzenia relacjonuje w mediach społecznościowych. Nową miłością także pochwaliła się na Instagramie w kwietniu zeszłego roku.

Tymczasem od niedawna próżno tam szukać zdjęć pary. Za to Weronika chętnie fotografuje się ze znajomymi oraz sławnymi aktorami z Ameryki. Kiedy w grudniu Śmigielski obchodził 50. urodziny, na jego cześć Magda Gessler wyprawiła przyjęcie w swojej restauracji AleGloria, na której pojawiło się wiele gwiazd.

Rosati pozowała z Grażyną Szapołowską, Grzegorzem Markowskim, ale nie z ukochanym… Czy ten brak czułości, który od jakiegoś czasu daje się zauważyć w ich związku oznacza, że uczucie powoli gaśnie?

Kategorie
Aktorzy

Borys Szyc. Poważne plany małżeńskie?

Jeszcze nie – odpowiada Borys Szyc na pytanie, czy jego partnerka Justyna Nagłowska nosi już jego nazwisko. Wydaje się jednak, że aktor, który w tym roku będzie obchodził 39. urodziny, jest bliżej decyzji o ślubie niż kiedykolwiek wcześniej. Mija dwa lata, od kiedy nie pije.

– Jestem trzeźwym alkoholikiem, bo to jest choroba, którą ma się do końca życia – mówi otwarcie w rozmowie z Małgorzatą Domagalik. Uporządkował wiele spraw w życiu: relację z 12-letnią córką Sonią, ojcem, który opuścił rodzinę, kiedy Borys był dzieckiem. Wreszcie jest dorosły! Z Justyną Nagłowską jest związany od mniej więcej dwóch lat. Ale byli już parą 15 lat temu!

Poznali się kiedy Borys Szyc grał z Krystyną Jandą w Teatrze Telewizji (pani Justyna była asystentką aktorki). Potem ich drogi się rozeszły. Justyna Nagłowska wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci, rozwiodła się. Borys Szyc doczekał się córki i zrobił spektakularną karierę. Pani Justyna była przy nim, kiedy podjął najtrudniejszą decyzję o życiu w trzeźwości. Czy zdecydują się iść wspólnie przez życie jako małżeństwo?

Kategorie
Aktorzy Celebryci

Piotr Stramowski: Nie jestem twardzielem

Roześmiany, długowłosy blondyn w serialu „2XL”. Przystojny brodacz w „W spirali”. Z charakterystycznym irokezem na łysej głowie w „Pitbullu…” Brodacz, ale grzeczny, w „Po prostu przyjaźń”, filmie, który właśnie wszedł do kin.

O Piotrze Stramowskim (29) zrobiło się głośno po roli komisarza Dariusza Wolkowskiego „Majami” w filmie „Pitbull. Nowe porządki” Patryka Vegi. Rola wyniosła go na szczyt. Jednocześnie aktor zaznacza, że nie ma nic wspólnego z ekranowym bohaterem. – Nie jestem twardzielem. Jestem feministą – wyznaje. Boleje nad tym, że mężczyźni pozwalają sobie w stosunku do pań na więcej, niż powinni. Potrafią je ośmieszyć i poniżyć.

Absolutnie się z tym i na to nie zgadza. Więc jednak jest twardzielem. Opowiedzenie się po stronie kobiet w naszym kraju wymaga odwagi. Piotr Stramowski dwa lata spędził w Teatrze Polskim w Bydgoszczy (2012-14). Grał tam duże ne role, m.in. u Mai Kleczewskiej. Tak, jak w filmie dostał szansę od Patryka Vegi, tak w teatrze zaufał mu i w niego uwierzył Paweł Łysak (dziś dyrektor Teatru Powszechnego w Warszawie).

Bydgoska scena była trampoliną, od której się odbił. To na niej dostrzegli go reżyserzy filmowi. Więc wszystko w życiu dzieje się po coś. I zawodowo, i prywatnie.

Działają na siebie jak magnes

W 2015 roku na planie filmu „W spirali” Konrada Aksinowicza poznał Katarzynę Warnke. Oboje zdziwili się, jakim cudem nigdy wcześniej się nie spotkali, środowisko aktorskie nie jest w końcu tak wielkie. A jednak… Zagrali małżonków przeżywających poważny kryzys. To nie było łatwe wyzwanie aktorskie, tym bardziej, że prywatnie unosili się kilka centymetrów nad ziemią, bo właśnie rodziła się ich miłość.

Z niewiadomych, a może właśnie oczywistych, powodów ukrywali przed ekipą uczucie. Dzieląca ich różnica wieku, ona jest starsza o 10 lat, nie była problemem. Dla nich. Bo już media i znajomi mieli z tym kłopot. W przeciwieństwie do wielu gorących par polskiego show- -biznesu udało im się utrzymać w tajemnicy termin i miejsce ślubu. Pobrali się w sierpniu 2016 r. Towarzyszyła im najbliższa rodzina i przyjaciele. Paparazzi nie zepsuli im święta.

Po ślubie jest… wspaniale. On mówi, że przeżywa najszczęśliwszy okres w życiu. Ona zachwyca. Mówią, że dobrali się na zasadzie przeciwieństw. On jest anielsko cierpliwy, ona… no cóż. To nie jest jej najmocniejsza strona. On jest nieuleczalnym optymistą, ona dzieli włos na czworo. Wniosek? Przeciwieństwa potrafią działać jak magnes.

Kategorie
Aktorzy

Anita Sokołowska: Cenię zwyczajne szczęście

Zaangażowała się w kampanię społeczną Ogólnopolskiej Organizacji Kwiat Kobiecości, by ratować kobiety przed rakiem szyjki macicy. Tegoroczna akcja przebiega pod hasłem: „Wpadnij na przegląd do ginekologa” i ma za zadanie przekonać panie do badań profilaktycznych.

tina: Zdarzyło się Pani odkładać wizytę u lekarza z miesiąca na miesiąc, bo nie było czasu?

Anita Sokołowska: Przyznaję: dopiero będąc w ciąży, poczułam, co znaczy regularność badań i odtąd staram się tego pilnować – dla siebie, dziecka i rodziny, bo własne zdrowie to także ich sprawa, nie tylko moja. Dziś wiem, że warto, mimo nawału obowiązków, poświęcić dla siebie ten czas, choćby raz w roku.

To ważne! Tym bardziej, że rak szyjki macicy jest chorobą w pełni uleczalną, o ile zostanie w porę wykryty, co gwarantują systematyczne badania. I taka jest właśnie idea akcji, by mówić o tym wszem i wobec, uświadamiać, przypominać. Zapobiegać każdej możliwej tragedii, dopóki jest czas.

Jak zamierza Pani to robić razem z innymi ambasadorkami akcji?

Po inauguracji w Warszawie 21-22 stycznia ruszamy w Polskę na spotkania, prelekcje i rozmowy z kobietami. Odwiedzimy też szkoły, przeprowadzimy wykłady na temat zdrowia.

Rozdamy zaproszenia na bezpłatne badania cytologiczne, co stanowi konkretną pomoc, zwłaszcza dla młodych dziewcząt, które nie wiedzą, dokąd pójść, bądź trudno im się zdecydować. Wierzę, że przykład osób, które znają z ekranu, zachęci je do walki o swoje zdrowie i życie.

Która z serialowych postaci: doktor Lena Starska z „Na dobre i na złe” czy też Zuza z „Przyjaciółek” jest Pani bliższa?

Może jestem gdzieś pośrodku. Na pewno różnię się od Zuzy – jej sposobu życia, bycia, pracy, stylu ubierania. Początkowo denerwowała mnie wręcz tak, że trudno mi było ją grać!

Uważałam, że takich kobiet jak ona nie ma – zdeklarowanych singielek, pracoholiczek, zawsze nienagannie eleganckich, na szpilkach… „Ugryzłam” ją więc lekko komediowo i to sprawiło, że stała się strawna dla mnie, zaś ludzie też ją kupili.

A Lena? Wiadomo – jest mądra, ciepła, kochająca… Może trochę tych jej cech w sobie mam? (uśmiech).

Podobno prywatnie jest Pani osobą nieśmiałą.

Bardzo! Przeżyłam już trochę lat, spotkałam po drodze ileś tam osób, powinnam więc uodpornić się na nowe znajomości, relacje. Tymczasem do dziś, jeśli mam wejść w towarzystwo, którego nie znam, zamieniam się w małą dziewczynkę, która siedzi sobie w kąciku i marzy o tym, by nikt jej o nic nie spytał… Ten typ tak ma (uśmiech).

Ale ta „dziewczynka” potrafi zmieniać się na macie w… Bruce’a Lee, mistrza kung-fu!

No bez przesady! (śmiech) Mistrza to może nie, natomiast rzeczywiście, od pewnego czasu trenuję ten sport. Po części z troski o własną kondycję, a trochę za namową mojego Bartka, który ćwiczy od dawna (Bartosz Frąckowiak to partner aktorki, reżyser teatralny – przyp. red.). Fajnie mieć w związku wspólne pasje. Robić coś razem, porozmawiać o tym, zwłaszcza że kung-fu to nie tylko ruch, lecz także filozofia i tryb życia, który nam odpowiada.

Pracujecie Państwo razem?

Poznaliśmy się w pracy. Potem tak się złożyło, że Bartek dostał propozycję objęcia funkcji wicedyrektora Teatru Polskiego w Bydgoszczy, którego byłam aktorką; w sumie zrobiliśmy wspólnie trzy spektakle. Ale mamy również odrębne obszary zawodowe – i tego też nam potrzeba.

„Oczkiem w głowie” mamusi i tatusia jest mały Antoś?

Staramy się, żeby nie wyrósł na egoistę, ale oczywiście, stanowi centrum naszego świata, największy skarb i szczęście, jakie mogło się nam przytrafić. Jest bardzo energicznym chłopcem, wszędzie go pełno, ale cóż? W końcu ma po kim – oboje: mama i tata charakterni (śmiech).

Próbuję uczyć go dobrych manier, mówienia „proszę”, „dziękuję”. Niedawno znajomy pan doktor powiedział w gabi necie, że tak dobrze ułożonego dziecka dawno nie widział. No, niechby go jednak zobaczył w domu!… (śmiech).

Czy to dla Antka nauczyła się Pani gotować? Zwłaszcza jego ulubioną zupę ogórkową?

Rzeczywiście, uwielbia ogórkową, aczkolwiek ostatnio przerzucił się na pomidorówkę. Natomiast nie jest prawdą to, że wcześniej nie gotowałam. To właśnie teraz, odkąd mam dziecko, staram się nie tracić za dużo czasu na stanie przy garach. Wolę poczytać synkowi książkę i poukładać z nim klocki. Myślę, że większa z tego korzyść niż z ciągłej krzątaniny w kuchni i odsyłania malucha przed telewizor.

Planujecie powiększyć rodzinę?

Zostawiam to swojemu biegowi. Nie mówię tak, nie mówię nie…W życiu nie da się ułożyć wszystkiego od A do Z.

Słyszałam, że jest Pani pasjonatką narciarstwa…

Udało się nam z Bartkiem wyrwać tuż przed świętami na kilka dni na lodowiec. Lepszych nart w życiu nie miałam: pogoda, słońce, świetnie przygotowane stoki, mało ludzi. Przez pierwszy dzień szaleliśmy w zachwycie, bez tchu!

Jakieś marzenia na nowy rok?

Na pewno przyjemność sprawiłaby mi daleka wyprawa we troje, na inny kontynent. Ale jeśli się nie uda, może być bliżej i na krócej. Nie mam specjalnych wymagań od losu. Nie szukam wspaniałości, ekstremalnych doznań. Oglądam się za codziennym szczęściem w gronie rodziny – razem, w zgodzie i w zdrowiu.

Kategorie
Aktorzy

Lucyna Malec. Wszystko dla córeczki

Narodziny chorej córki całkowicie odmieniły jej życie. Wkrótce potem odszedł od niej mąż, więc sama walczyła o szczęście dziecka.

Matka-Polka? To dla mnie wspaniałe określenie i bardzo prawdziwe. Świetnie się w tej roli czuję. Daje więcej satysfakcji niż zagranie najwspanialszej roli w teatrze – mówi Lucyna Malec. W jej przypadku te słowa mają szczególną wagę, ponieważ aktorka ma trudniejsze zadanie niż większość matek. Sama wychowuje nastoletnią córkę Zosię, która przyszła na świat z dziecięcym porażeniem mózgowym.

Starała się zapewnić córce szczęśliwe dzieciństwo, bo sama takie miała. Razem z rodzicami i dwiema siostrami mieszkała w Bielsku-Białej. Każde wakacje spędzała u dziadków pod Sandomierzem, lubiła biegać po bezkresnych łąkach, a zaszczepiona wtedy miłość do przyrody pozostała w niej na zawsze. Wieś to zapachy, smaki.

– Tak pysznej wędliny, jaką robił mój dziadek, już nigdzie nie znajdę – wzdycha. Z rodzinnego domu wyniosła też zasadę, której stara się przestrzegać i w życiu prywatnym, i zawodowym: lepsza straszna prawda niż najwspanialsze kłamstwo. Smykałkę do aktorstwa odkryła w sobie bardzo wcześnie.

Już jako trzylatka nie tylko wystąpiła na scenie, ale wręcz wywalczyła sobie rolę. Pozazdrościła swojej starszej siostrze, która występowała wtedy w zespole tanecznym. Potem trzymała się raz obranej drogi, chodziła na zajęcia aktorskie. Szło jej nieźle – do szkoły teatralnej dostała się za pierwszym podejściem.

Po studiach znalazła angaż w warszawskim teatrze Kwadrat. Przyszłego męża poznała podczas zbierania truskawek. W wakacje po ukończeniu szkoły teatralnej jak wielu młodych Polaków, wyjechały z siostrą do Szwecji, by trochę zarobić. Na plantacji poznała przystojnego studenta prawa.

– To ja za nim goniłam i to dosłownie – wspomina. – Chłopcy tak szybko pracowali, że już po chwili widziałam tylko ich plecy z daleka. Jej szło znacznie gorzej, bolały ją wszystkie mięśnie, a zebranych truskawek było znacznie mniej niż u innych.

– Pod koniec dnia myślałam, że to koniec mojej kariery zbieraczki truskawek – mówiła. I wtedy przystojny student oddał jej część swoich zbiorów, a potem zaprosił ją na obiad. Do Polski wracali już jako para. Nie spieszyli się ze ślubem, wzięli go dopiero po dziesięciu latach.

Wtedy też na świat przyszła ich córeczka Zosia. Przeżyli szok, gdy się okazało, że cierpi na dziecięce porażenie mózgowe. Lucyna kochała córkę bardzo, ale długo oswajała się z tym, że jej dziecko jest nieuleczalnie chore.

Jak wszystkie kobiety w podobnej sytuacji nie zdawała sobie sprawy, co ją czeka i jak będzie wyglądać jej przyszłość. Że choroba odmieni życie całej rodziny, bo osoby z porażeniem mózgowym potrzebują stałej opieki i rehabilitacji. Nie mogła też przewidzieć, że będzie musiała zmagać się z tymi problemami sama. Jej małżeństwo nie przetrwało tej próby, mąż odszedł.

Na szczęście zawsze mogła liczyć na wsparcie przyjaciół. Pomagało jej też to, że jest urodzoną optymistką i zawsze koncentrowała się na jaśniejszej stronie życia. Jak każdy człowiek miała chwile złości czy buntu, ale starała się nie tracić energii na pretensje do losu. Zamiast użalać się nad sobą, postanowiła działać. Zresztą nie miała innego wyjścia, bo nieustannie, każdego dnia musiała walczyć o swoją córkę.

Zapewniała jej potrzebną rehabilitację, ale też dbała o to, by miała normalne, radosne dzieciństwo. – Na dziecięce porażenie mózgowe nie ma lekarstwa, ale można złagodzić skutki choroby. Zaliczyłyśmy już tysiące terapii – mówi zatroskana. Potrzeby takiego dziecka są ogromne: rehabilitacja ruchowa, zajęcia logopedyczne, specjalne zabiegi. Od dziecka i od rodziców wymaga to ogromnego wysiłku, a także pieniędzy.

Lucyna Malec nigdy nie opowiadała publicznie o chorobie córki. – Dopóki pracuję, dajemy sobie radę. Nigdy nie prosiłam w mediach o pomoc. Wiem, że są ludzie bardziej potrzebujący ode mnie. Proszę jedynie moich bliskich i przyjaciół, by wpłacali 1 proc. podatku na konto Zosi, które ma w Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą” – kwituje aktorka.

To, że córka jest podopieczną fundacji, stanowi dla nich ogromne wsparcie nie tylko finansowe, ale też psychiczne. Dzięki temu obie czują, że nie są same. W prowadzeniu domu pomaga jej opiekunka, która zajmuje się Zosią, gdy ona jest w pracy. Pójście z mamą do teatru na wieczorny spektakl jest dla Zosi zawsze wielką frajdą.

– Siedzi w garderobie, podgląda teatr od kulis i jest szczęśliwa – opowiada aktorka. Świat show-biznesu nie jest dziewczynce obcy, była m.in. na festiwalu gwiazd w Międzyzdrojach. W wakacje już od lat jeżdżą razem na Kretę, zawsze w gronie przyjaciół. Zosia w ubiegłym roku świętowała tam swoje osiemnaste urodziny.

– W codziennym życiu córka wymaga ciągłej asysty, ale dojrzewa, rozwija się na swój sposób. Kocham ją nad życie – mówi Lucyna Malec. Wierzy, że ma Anioła Stróża, którego obecność odczuwa w swoim życiu na co dzień.

Nie chce mówić o relacji z Bogiem, bo uważa, że to sprawa niezwykle intymna, a jej wiara nie jest na pokaz. Ale prosi Go, by mieć dużo sił dla ukochanej córki.