Kategorie
Aktorzy

Krystyna Sienkiewicz. Nie roztkliwiam się nad sobą

Mówią o Pani: kobieta wielu talentów. Zgadza się Pani z tym twierdzeniem?

Z grzeczności nie zaprzeczę, choć nigdy nie byłam zarozumiała i zawsze dziwiłam się, że potrafię nie tylko nieźle rysować i śpiewać, ale też rozbawiać widzów na scenie, co dawało mi największą przyjemność i satysfakcję. Zawsze powtarzam, że wszystko, co dobre mam po swojej mamie. Urodę i poczucie humoru również.

Uroda pomagała czy raczej była przeszkodą w Pani aktorskiej karierze?

Nigdy nie narzekałam na brak ciekawych propozycji, z drugiej strony – nie pchałam się z łokciami na scenę czy przed kamerę. Kariera za wszelką cenę? To nie dla mnie. Nie zaliczałam się do aktorek, o których mówiono „raz da i gwiazda”, choć okazje ku temu oczywiście były. Do wszystkiego doszłam sama. Zawsze byłam bardzo pracowitą i zabieganą osobą – praca była dla mnie rodzajem modlitwy, tym bardziej, że Kościół nigdy nie był mi po drodze.

Dlaczego?

Po tym, co przeszłam w dzieciństwie, trudno, żebym myślała inaczej. Jako kilkuletnia dziewczynka straciłam rodziców i znalazłam się w sierocińcu razem ze swoim starszym bratem Rysiem. To był dla mnie koszmarny czas, a ja nie mogłam zrozumieć, że Pan Bóg mógł na tak wielką krzywdę pozwolić. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że on, który wszystko może, nie ma na nosie okularów. Do dziś zresztą się dziwię, dlaczego księża w ramach pokuty nie mówią ludziom, że mają zrobić coś dobrego dla innych. U nas wystarczy po spowiedzi odklepać trzy zdrowaśki, by mieć odpuszczone grzechy.

Długo rozpamiętywała Pani zdarzenia z dzieciństwa?

Nie było powodu, by taplać się w swoim nieszczęściu, niepotrzebnie rozdrapywać rany. Musiałam szybko dorosnąć, a w trudnych momentach ratował mnie śmiech, który zawsze dodawał mi sił. Dzięki temu zachowałam pogodę ducha oraz wieczny, niekończący się optymizm.

Nawet po przebytym udarze?

Nawet! Kiedy leżałam w szpitalu, nie załamałam się, nie roztkliwiałam nad sobą. Często śmiałam się, a że mówienie sprawiało mi olbrzymi kłopot, z przyjemnością skupiłam się na rysowaniu swoich ukochanych aniołków. Dzięki temu pokazywałam innym pacjentom, że nie wolno się poddawać i trzeba walczyć o siebie.

O tym też jest Pani najnowsza autobiograficzna książka „Skrawki” –  o czerpaniu radości w każdym momencie życia.

Zaczęłam ją pisać niedługo po udarze, bo chciałam dać ludziom trochę nadziei i radości. Zbyt dużo naokoło widzę smutku! Czasem żartuję, że jestem lekarzem dusz, leczę i uzdrawiam innych śmiechem. Stąd potrzeba napisania takiej książki, która pokazuje, że mimo przeciwności losu i różnych okropieństw, które nas spotykają, można czerpać radość i być szczęśliwym.

To jaki jest sposób na szczęśliwe, udane życie?

Akceptować i polubić siebie takim, jakim się jest. Często się uśmiechać. To święta prawda, że śmiech to zdrowie, pozwalający utrzymywać pogodę ducha we wszystkie dni. Mnie cieszy wiele rzeczy: mój piękny duży dom z ogrodem, kochane zwierzaki czy rośliny, które hoduję. Jak również nasza rozmowa. Co prawda mamy teraz zimę, łupie mnie w kościach, ale nie ma dnia, żebym się nie uśmiechała.

Czy czegoś w życiu Pani żałuje?

Może tego, że nie związałam się z jednym facetem, ale to odległa już przeszłość i nie ma co się nad tym rozwodzić. Ja ciągle – mimo przebytych chorób – jestem szczęśliwą osobą, na domiar ciągle zajętą przypominaniem sobie słów, które zapomniałam po udarze. Nie przeszkadza mi to, że codziennie rano połykam sześć różnych pastylek, co jest pewną nowością. W swoim długim życiu rzadko kiedy chorowałam, nigdy nie bolała mnie głowa i do dziś nie wiem, co to katar. Rozm. Artur Krasicki

Krystyna Sienkiewicz personalia

Urodzona: 14 lutego 1935 roku w Ostrowi Mazowieckiej. Kariera: Na scenie zadebiutowała w czasie studiów na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, w dniu 1 września 1955 roku zastąpiła chorą koleżankę w Studenckim Teatrze Satyryków. Od tamtej pory zagrała w wielu filmach i serialach (m.in. „Rzeczpospolita babska”, „Rodzina Leśniewskich”, „Graczykowie”).

Kategorie
Aktorzy

Krystyna Sienkiewicz: Pomaga mi św. Antoni

Jako dziecko straciła rodziców. Nie miała szczęścia w miłości, zawiodła ją córka, ma problemy ze zdrowiem. Ale mimo to z jej twarzy nie znika uśmiech.

Przy swoim domu na warszawskim Żoliborzu postawiła kapliczkę św. Franciszka, opiekuna zwierząt. To nie jedyny święty, z którym ma dobre relacje. Mimo naznaczonego cierpieniem życia Krystyna Sienkiewicz (81) uważa, że dużo dostała.

Wojna zabrała Pani dom, dzieciństwo, rodziców. Tato zginął w obozie, mama zmarła w szpitalu. Wiele jak na małe dziecko…

Za dużo. Jeremi Przybora mówił mi: „Ty nie miałaś dzieciństwa, ty miałaś bachorstwo”. Nawet chciałam popełnić samobójstwo, gdy miałam osiem lat.

Jak Pani chciała to zrobić?

Myślałam, że jak zmarznę na kość, to przeziębię się i umrę. Zdjęłam majtki i położyłam się na wilgotnej, zimnej ziemi. Byłam wtedy pod opieką Stefanii Tarkowskiej, koleżanki mamy. Przyjechała do nas siostra stryjeczna ojca i powiedziała, że zabierze mnie do siebie na Mazury, ale brata Rysia już nie mogła wziąć, poszedł do domu dziecka. Bardzo go kochałam. Rozdzielono nas i dlatego chciałam się zabić.

I co się stało?

Przyleciał bielinek kapustnik i usiadł mi na ręce. Pomyślałam, że to jest duch mamy, która mówi do mnie: „Nie rób tego”. Mama mnie strzegła i nadal strzeże.

Miała Pani być malarką. Dlaczego została aktorką?

Dostałam po mamie wielki posag, wiele talentów. Trochę śpiewam, maluję, kiedyś haftowałam, ale oczy mam marne i już nie mogę. Chciałam być aktorką, bo byłam bardzo nieśmiała. Wydawało mi się, że jak zostanę aktorką, to będę kimś innym, wesołym.

Uważano Panią za najpiękniejszą dziewczynę w stolicy…

Miałam powodzenie, mężczyźni podstawiali mi nogę, żebym wpadła w ich ramiona.

Którego najmocniej Pani kochała?

Wojtka Solarza, kolegę z STS-u, został reżyserem. Powinnam z nim być. Mówił o wspólnym życiu, ale ja chciałam jeszcze trochę pożyć. Tak, to jest facet, którego najbardziej kochałam. Ożenił się.

Pani dwa małżeństwa zakończyły się rozwodem.

Pierwszy mąż, Włodzimierz Rylski, wyjechał do Niemiec robić karierę, a ja do Niemiec nie chciałam emigrować. Andrzej Przyłubski, drugi mąż, trochę mnie finansowo oskubał.

Jednak przyjęła go Pani do domu, gdy umierał na raka, choć wyprowadził pół Pani majątku dla swojego dziecka i innych kobiet?

Kiedy Andrzej u mnie leżał, przyszedł facet i mówi, że mój były mąż jest mu dłużny pieniądze. To wyjęłam portfel i dałam mu forsę, choć może nie powinnam, bo wcześniej Andrzej wybrał wszystkie moje dolary.

Dlaczego pomogłam? Jeżeli kocham psy, koty i inne stworzenia, to dlaczego jemu miałam nie pomóc? Pomagam, bo inni mi też pomagali.

Andrzej na łożu śmierci Panią przeprosił, podziękował?

Nic nie powiedział.

To właśnie z nim adoptowaliście córkę?

Matka ją porzuciła. Julka urodziła się chora, nikt jej nie chciał. Wzięłam ją ze szpitala, kiedy miała 3, 5 roku. Nauka z trudem jej przychodziła. Wiele w nią włożyłam miłości, energii, kupiłam mieszkanie. Miała wsparcie.  Skończyła kurs modelek, fryzjerski, manicure, pedicure, wszystko, co chciała, ale nigdzie długo miejsca nie zagrzała.

Media donosiły o Waszych złych relacjach…

Chciała mnie zabić. Przychodziła pod dom, wykrzykiwała. Nie chcę o tym opowiadać. Czasem żałuję, że ją adoptowałam.

Miała Pani kłopoty ze zdrowiem. Dwa lata temu udar mózgu, po którym wystąpiły problemy z mową, rok temu rak oka. Jak jest teraz?

Słowa wróciły, mówię. Rak zdechł. Tylko oczy. Słabo widzę, a dla malarki to źle. Dla aktorki też. W Nowym Jorku na scenie zamiast chusteczki machałam kiedyś do widzów majtkami. Bo ktoś mi chusteczkę, którą sobie przygotowałam, zabrał, a obok leżały majtki. Ale to nic, wszyscy się śmiali i ja też. Było bardzo wesoło.

Czy Pani udaje, czy naprawdę jest Pani ciągle taka zadowolona i uśmiechnięta?

Ja nie udaję, muszę ludziom pomóc swoim chichotem, a oni pomagają mnie. A poza tym śmiech to zdrowie, choćbyś spadł na samo dno.

Miała Pani żal do losu, że tyle złego Panią spotkało?

Do losu? Nie. Mogę mieć żal do siebie, że byłam naiwna, więc głupia. Gdybym miała płakać nad sobą, to zaraz przychodzą mi na myśl wszystkie potwornie skrzywdzone dzieci. Ja przecież wiele dostałam. Miałam ciekawe życie.

Z czego jest Pani najbardziej zadowolona, dumna?

Dumna to nie. Zadowolona. Że żyłam porządnie, nie robiąc nikomu krzywdy, że nic nie mam do ukrycia. Niedawno wyszła o mnie książka i nie miałam niczego takiego w życiu, żebym choć raz powiedziała do autora: „O tym proszę nie pisać”.

Kto Pani teraz pomaga?

Sama sobie pomagam. Święty Antoni mi pomaga, bo znajduje pieniądze. Kładzie je na stół i mam za co żyć. Ci, co dają mi role i wydają mi książki, pomagają. A przede wszystkim moja mama, bo dała mi tyle talentów, że mogę z nich nadal żyć.

Rozmawiała: Iwona Spee